Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przeczytane w 2014. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przeczytane w 2014. Pokaż wszystkie posty

piątek, 9 stycznia 2015

"Gniew" - Zygmunt Miłoszewski

"GNIEW"
Zygmunt Miłoszewski
[Seria z Teodorem Szackim]
Wydawnictwo W.A.B.
2014
ISBN 978-83-280-0935-6
Str. 380
Moja ocena 6/6



Z pośród premier ostatnich miesięcy, jedną z najbardziej wyczekiwanych przeze mnie był właśnie " Gniew" Zygmunta Miłoszewskiego. Mocno uzależniłam się od kryminalnych perypetii prokuratora Teodora Szackiego. "Gniew" to już ostatnie spotkanie z tym nietuzinkowym bohaterem, dlatego radość z dobrej lektury miesza się z poczuciem żalu, że oto nastąpił koniec. Mówią, że wszystko co dobre szybko się kończy. Trylogia Miłoszewskiego zaiste jest dobra, nawet bardzo dobra. Nie zawaham się wręcz posłużyć terminem - genialna. No dobrze, ale zaczynam roztkliwiać się już nad pożegnaniem a wypadałoby zacząć od początku.

Była już Warszawa, był także Sandomierz, a teraz przyszedł czas na Olsztyn. Tym razem to właśnie w tym niedużym, warmińskim mieście, prokurator Szacki zmierzy się z kolejną zagadką do rozwiązania. Początkowo sprawa wydaje się być szybka i łatwa. W starym bunkrze zostaje znaleziony szkielet, prawdopodobnie pochodzący z czasów wojny. Ale badania wykazują coś zupełnie zaskakującego. Kości należą do mężczyzny, który żył jeszcze zaledwie kilka dni temu. Głębsze analizy wykazują, że szkielet skrywa dodatkowe niespodzianki. Szackiego czeka nie lada wyzwanie. Znalezienie sprawcy będzie niezmiernie trudne. Z każdym nowym tropem śledztwo komplikuje się coraz bardziej a  kiedy dojdą do tego względy osobiste napięcie sięgnie zenitu. 

Zawikłana kryminalna zagadka przeplata się z problematyką przemocy domowej, tak fizycznej jak i psychicznej. Autor jak zwykle sumiennie przygotował się do tematu. W "Gniewie" nie ma miejsca na banały czy infantylne historyjki. To rasowy, trzymający w napięciu kryminał, od którego ciężko się oderwać. Do tego bohaterowie, którzy zapadają w pamięć.

380 stron, dla jednych to dużo, dla innych, tak średnio. Ale 380 stron drobnym druczkiem może zmęczyć. Jednakże nie w tym przypadku. Tej książki się nie czyta, ją się pochłania. W recenzjach "Uwikłania" i " Ziarna prawdy" rozpływałam się już w "ochach" i "achach" nad stylem Miłoszewskiego, więc tu tylko potwierdzę, że styl ów jest nie do pobicia. 

Coś się kończy aby coś mogło się zacząć. „Gniew” to zaiste godne zakończenie doskonałej serii. Oczekuję zatem na kolejne porywające powieści pana Miłoszewskiego. Chętnie poznam nietuzinkowych, mam nadzieję, bohaterów i podelektuję się wyrafinowaną prozą. Chociaż... zakończenie "Gniewu" pozostawia autorowi otwartą furtkę dla dalszych przygód Szackiego, więc może jednak kiedyś...?

Wszystkim natomiast polecam "Uwikłanie", "Ziarno prawdy" i "Gniew". Niekoniecznie w podanej kolejności, ponieważ każda część to zupełnie inna historia, inna zagadka, inni bohaterowie. Podpowiem jednak, że ze względu na wątek obyczajowy, dotyczący prywatnego życia Teodora Szackiego, prawidłowa kolejność ułatwia lepsze poznanie bohatera.

[Książka wygrana w konkursie na lubimyczytac.pl ] 

Inne z tej serii:
1. Uwikłanie
2. Ziarno prawdy 

piątek, 19 grudnia 2014

"Bezcenny" - Zygmunt Miłoszewski



 

BEZCENNY
Zygmunt Miłoszewski
Wydawnictwo W.A.B.
2013
ISBN 9788377478882
Str. 352
Moja ocena: 3,5/6




Zaginiony obraz, sekret, którego odkrycie może zmienić losy świata, czworo śmiałków, w poszukiwaniu odpowiedzi... i cała reszta, która próbuje im w tym przeszkodzić. Powiało klimatem Dana Browna. Czy taki był zamysł autora, tego nie wiem. Ale wyszło jak wyszło. 

Kim są osoby tego dramatu? Zofia Lorentz, urzędniczka, której praca polega na odnajdywaniu i odzyskiwaniu zaginionych dzieł sztuki, Anatol Gmitruk agent Służb Kontrwywiadu Wojskowego, od niedawna na emeryturze, Karol Boznański marszand i znawca sztuki a jednocześnie były partner Zofii, oraz Lisa Tolgfors, słynna złodziejka, najlepsza w swym fachu. Różni ich niemal wszystko, razem tworzą mieszankę wybuchową. Teraz muszą współdziałać aby osiągnąć cel, którym jest odzyskanie zaginionego  w czasie wojny Portretu Młodzieńca Rafaela Santi. Uzbrojeni w znikome informacje na temat miejsca przechowywania obrazu, oraz niewielką ilość czasu i poinformowani o konieczności zachowania ścisłej tajemnicy, wyruszają w świat. Szybko okaże się, że bardzo wielu ludziom zależy na tym, aby ich misja się nie powiodła. Śladem bohaterów podążają tajni agenci i wyrafinowani „likwidatorzy”. Czy tej nie do końca dobranej czwórce uda się wyjść cało z opresji, odnaleźć zaginiony skarb i nie wywołać kolejnej wojny światowej? 

Fabuła wydaje się ciekawa, ale treść, dla kogoś, kto nie interesuje się malarstwem jest ciężkostrawna. Dla mnie męczące były przeciągane opisy dotyczące technik tworzenia czy konserwacji obrazów. Ożywiałam się bardziej w momentach dotyczących szpiegostwa i kradzieży dzieł sztuki. No i wychodzi na to, że wywyższam złodziei nad artystów. Ale co zrobię, bardziej mnie to zaintrygowało.

Nie mogę powiedzieć, żeby w trakcie lektury towarzyszyły mi większe emocje. Niby wszystko w porządku, jest zagadka, są gangsterzy, groźne sytuacje, ale czegoś jednak zabrakło. Być może tym drobnym ale jakże ważnym aspektem był pazur sensacji, w "Bezcennym" mocno spiłowany.

Zygmunt Miłoszewski przyzwyczaił mnie do wymagającego stylu, dopracowanego w każdym detalu. To mocna strona jego książek. „Bezcenny” pod tym względem nie zawodzi. Autor posługuje się językiem z wyższej półki. Każdy opis, każdy dialog, każda myśl bohaterów, jest przemyślana i inteligentna. I zapewne to, co dla mnie okazało się wadą, czyli wnikliwe przedstawienie malarskiej tematyki, dla znawców i amatorów tejże, może okazać się dużym plusem.

Do bohaterów w zasadzie nie mam większych zastrzeżeń, z jednym wyjątkiem. Dawno już nie spotkałam się z tak irytująca postacią jak Zofia Lorentz. Co mnie tak bardzo denerwowało? Naiwność, świętoszkowatość, bezpłciowość postaci. Wybierajcie co chcecie. Dla mnie Zofia stanowiła najsłabsze ogniwo „fantastycznej czwórki”, ale przecież w każdym teamie ktoś „dyńda na końcu łańcucha”. 
Jak już wspomniałam na początku, cała historia bardzo przypominała mi powieści Dana Browna. I o ile autora "Kodu Leonarda da Vinci" polubiłam za te nieco odrealnione historie, to Zygmunt Miłoszewski serwował do tej pory znacznie lepsze kąski.
Mimo mało ciekawej całości, zakończenie było logiczne i poprawne. No i nie powiem, ucieszyłam się kiedy przewróciłam ostatnią stronę. I tyle w temacie.

Moim subiektywnym zdaniem, za dużo informacji o obrazach za mało dramatyzmu. Do tego bardzo dużo stron (prawie 500), bardzo małą czcionką (właściwie typowe dla Miłoszewskiego i wydawnictwa W.A.B.). Zazwyczaj mi to nie przeszkadza, a tym razem i owszem.

Nie odkryłam w sobie nagłej miłości do sztuk pięknych. Nie rozumiem tego całego zamieszania wokół obrazów. Nie mówię, że nie są cenne, ale grube miliony i takie akcje? Przesada. Oj, gdybym ja te miliony miała, wiedziałabym już na co je wydawać. Kolejne książki na przykład:) Muszę być jednak sprawiedliwa i przyznać, ze pod względem merytorycznym jest to literatura na wysokim poziomie. 

Cóż, pozostawiam "Bezcennego" amatorom sztuki, zafascynowanym tajemnicami wielkich dzieł, tudzież ich autorów, oraz osobom poszukującym odpowiedzi czy choćby domysłów dotyczących obrazów zaginionych w wojennej zawierusze. Ja wracam do serii o prokuratorze Szackim, bo to jest ten Miłoszewski, który bardziej  mi odpowiada. 

środa, 17 grudnia 2014

"Przebudzenie" - Stephen King

"PRZEBUDZENIE"
Stephen King
Przekład Tomasz Wilusz
Wydawnictwo Prószyński i S-ka
2014
978-83-7961-070-9
Str. 536
Moja ocena 4/6


Jak chyba każdy fan Stephena Kinga, niecierpliwie czekałam na premierę „Przebudzenia”. No i się doczekałam. Zamówiłam, otrzymałam, przeczytałam. I oto do jakich wniosków skłoniła mnie ta lektura.
Zacznę od krótkiego przybliżenia fabuły.
"A kto pisze scenariusz naszego życia? Przeznaczenie, czy przypadek? Chcę wierzyć, że to drugie. Pragnę tego całym sercem i duszą. "
Jamie Morton miał sześć lat, kiedy po raz pierwszy spotkał  Charles'a Jacobsa, swoją "piątą osobę dramatu". Młody, przystojny i pogodny pastor zyskał sympatię chłopca, jego rodziny, oraz mieszkańców miasteczka, w którym miał pełnić posługę. Pastor był normalnym człowiekiem, kochał żonę i małego synka. Lubił organizować czas młodzieży z miasteczka. Miał też swoje hobby, dość oryginalne, ale nieszkodliwe. 

Pewnego dnia wydarzyła się tragedia, która wszystko zmieniła. Pastor Jacobs odszedł. Jamie sądził, że już nigdy nie spotka człowieka, którego traktował jak przyjaciela i któremu wiele zawdzięczał. Nie wiedział, że się myli, że po wielu latach ich drogi ponownie się zejdą. I że Jamie będzie tego spotkania mocno żałował. 

Tymczasem po tragicznych wydarzeniach, miasteczko wraca do normalnego życia. Podobnie jak Jamie. Niebawem chłopiec odkrywa w sobie talent i zamiłowanie do gitary. Udaje mu się dostać do szkolnego zespołu. Z biegiem lat, bohater szlifuje swoje gitarowe zdolności, zmienia zespoły, zyskuje fanów i popada w szpony nałogu. Wiele lat później z narkotykowego obłędu i niemal nieuniknionej śmierci, Jamie’go ratuje, nie kto inny, a sam Charles Jacobs. Okazuje się że mężczyzna wykorzystuje niekonwencjonalne metody leczenia ludzi przy pomocy elektryczności. Swoje „uzdrowienia” nazywa przebudzeniami. Wkrótce Jamie odkryje jak straszliwe są konsekwencje każdego przebudzenia. 

Najnowsza powieść Króla, to w przeważającej części historia człowieka zmagającego się z własnymi, zupełnie przyziemnymi demonami. To opowieść o chłopcu, który spełnia swoje marzenia, nastolatka, który wpada w nałóg, w końcu mężczyzny, który sięgnął dna. Ale jest to też opowieść o rozpaczy i szaleństwie. O życiu człowieka i o jego śmierci. Trzy czwarte dobrej obyczajówki prowadzące do jednej trzeciej elektryzującej (dosłownie i w przenośni) historii, zakończonej pełnym napięcia finałem, zdecydowanie w stylu Kinga. 

Fabuła jest nieco przewidywalna. Ale na końcu czeka niespodzianka. King przez większość powieści przeprowadza czytelnika łagodnie, bez przynudzania, ale i bez większych emocji, powolutku, niespiesznie, aż w końcu... łup! I mamy sceny końcowe, które dopadają nas jak grom z jasnego nieba. Autor włącza swoją nieskończoną (i nie ukrywajmy, chorą)  wyobraźnię, serwuje obrazy nie z tej ziemi i wszystko perfekcyjnie finalizuje.

536 stron może niektórych odstraszać. Tomiszcze grube, przyznaję. Ale kiedy tylko otworzymy książkę, przekonamy się, że za taką objętość odpowiada głównie wielka czcionka. Wielka i wyraźna, dzięki czemu czyta się naprawdę szybko i bezproblemowo.
Jeżeli macie jakiekolwiek wątpliwości czy czytać „Przebudzenie”, pozwólcie je sobie rozwiać. To naprawdę dobra książka, która będzie smakowitym kąskiem zarówno dla fanów lekkich horrorów jak i mądrej, ciekawej powieści obyczajowej. 

Wyzwania: Czytam Kinga, Czytam Literaturę Amerykańską, Klucznik

czwartek, 30 października 2014

"Córka Czarownic" - Dorota Terakowska

 "Córka Czarownic"
Dorota Terakowska
Wydawnictwo Literackie 
2002
ISBN 8308033075
Str. 359
Moja ocena 4,5/6


Swoją znajomość z Dorotą Terakowską zamierzałam zawrzeć już jakiś czas temu. Do tej pory jakoś się nie składało, aż wreszcie, w czasie ostatniej wizyty w bibliotece wpadła w moje ręce „Córka Czarownic”. A kiedy przeczytałam na okładce, że powieść ta została wpisana na Listę Honorową Hansa Christiana Andersena, i uznana za jedną z najlepszych książek ŚWIATA(!) dla młodzieży, wiedziałam, że muszę ją mieć.
"...jak daleko sięgało Dziecko pamięcią - jeszcze zawodną i niewyćwiczoną - zawsze było tylko ono i Stara Kobieta."
Dawno, dawno temu było sobie piękne i szczęśliwe królestwo. Kolejni władcy dbali o jego rozwój, pilnowali aby poddanym niczego nie brakowało i otaczali szacunkiem Naturę. Przez setki lat Królestwo umacniało swą pozycję na świecie i nikt nie mógł mu zagrozić. Ale pewnego dnia nad szczęśliwym Królestwem zebrały się czarne chmury. Dzicy Najeźdźcy ze stepów zaatakowali je i pokonali. Wielkie Królestwo popadło w ruinę a jego mieszkańcy zostali na wiele setek lat niewolnikami okrutnych zdobywców. Lecz w sercach i pamięci uciemiężonego ludu pozostały słowa pieśni przepowiadającej Istotę „o włosach koloru złota i oczach jak niebo przed burzą”, która bezkrwawo wyzwoli Wielkie Królestwo i przywróci jego świetność. 

Pewnego dnia na świecie pojawiła się ona. Najpierw była Dzieckiem, później Dziewczynką, i Panienką. Nie znała swojej przeszłości, nie wiedziała jaka czeka ją przyszłość. Nie miała imienia. Wychowywały ją Czarownice. Najpierw jedna, potem druga i tak dalej. Uczyły ją podstaw magii, rozmowy ze zwierzętami i gwiazdami, szacunku dla natury oraz ciężkiej pracy. Chroniły przed grożącym niebezpieczeństwem. Ale zapomniały o miłości. Tymczasem w jej sercu kiełkowały coraz bardziej negatywne uczucia. Czy wypełnią się słowa Pieśni Jedynej? Czy bohaterka stanie się godna uniesienia swego przeznaczenia? Czy też zwycięży w niej ciemna strona?

„Córka Czarownic” przenosi nas do świata pełnego magii, ale też smutku i cierpienia, nadziei, ledwie wyczuwalnego szczęścia i niepoznanej miłości. Treść porywa jak najpiękniejsza baśń. Nic dziwnego, że ta powieść odniosła takie sukcesy. Jest inteligentna i wartościowa. Przy tym napisana w sposób, który usatysfakcjonuje nie tylko wielbicieli powieści fantastycznych. Zawiera ważne przesłanie. Życie głównej bohaterki wydaje się być metaforą dojrzewania każdego człowieka. Bohaterka nie jest postacią jasną i przejrzystą. Ścierają się w niej sprzeczne uczucia. Autorka poprzez postać Luelle ukazuje, z jakimi problemami zmaga się dziecko, jakie pytania zadaje sobie nastolatka, jakie wątpliwości dopadają młodą dziewczynę wkraczającą w dorosłość. I najważniejsze, czy to jak została wychowana i jakie przekazano jej wartości, pomoże jej unieść trudy dorosłego życia. 

Nie będę ukrywała, że „Córka Czarownic” bardzo przypadła mi do gustu. Faktycznie trochę przywodziła mi na myśl przepiękne baśnie Andersena, które wprost uwielbiam. Mogłabym przyczepić się tego, że treść jest nieco przewidywalna, co najczęściej razi zwłaszcza bardziej wymagającego czytelnika, jednak kiedy skupić się na odkrywaniu drugiego dna tej historii, ta przewidywalność nie przeszkadza. Szkoda tylko, że sam finał nie był bardziej spektakularny, ale to już takie moje „czepialstwo”. 

Myślę, że przy następnej wizycie w bibliotece, nie przejdę obojętnie obok kolejnych książek Doroty Terakowskiej. A „Córkę Czarownic” szczerze polecam.

czwartek, 23 października 2014

"Korona Śniegu i Krwi" - Elżbieta Cherezińska

"KORONA ŚNIEGU I KRWI"
Elżbieta Cherezińska
Wydawnictwo Zysk i S-ka
ISBN 9788377855317
Seria: Odrodzone Królestwo cz. 1 
Str. 736
Moja ocena: 6/6


Dziś na tapecie powieść Elżbiety Cherezińskiej, porównywana przez niektórych do "Gry o tron" George'a R. R. Martina. Ponieważ jestem ogromną fanką sagi amerykańskiego autora, postanowiłam przyjrzeć się, jak to wygląda w rodzimym wydaniu. Rzecz wydawała mi się o tyle ciekawsza, że oparta na autentycznych wydarzeniach historycznych. "Korona śniegu i krwi" była pierwszą powieścią Cherezińskiej jaką przeczytałam, punktem zapalnym mojej ogromnej sympatii do twórczości autorki. Chyba nigdy dotąd nie spotkałam się z powieściami, które nie tylko dały mi ogromną satysfakcję, ale także skłoniły do zgłębiania historii naszego kraju. Niezwykle barwnej historii.

"Korona śniegu i krwi" opowiada dzieje księcia Starszej Polski Przemysła i jego pełną pułapek i intryg drogę do zjednoczenia państwa i zdobycia królewskiej korony. Naturalnie, planom księcia nie byli przychylni władcy sąsiednich państw, którym nie na rękę jest tworzenie silnego, zjednoczonego królestwa. Ponadto pretendentów do polskiej korony jest więcej. I w ten sposób gra się rozpoczyna. Wszystkie chwyty dozwolone, czytelnik staje się więc świadkiem krwawych zbrodni, nagłych, tajemniczych zgonów, porwań dla okupu, politycznych mariaży, wieloletnich, wyczerpujących wojen. Ekscytujące doświadczenie. A przy tym przedstawione niezwykle realistycznie. Aż chce się powiedzieć; „przecież tak właśnie mogło być”. Były to czasy niebezpieczne, ale i niezwykle ciekawe. Czasy, kiedy chrześcijaństwo dopiero wkraczało na polskie ziemie, a dookoła wciąż jeszcze szerzył się poganizm. Ludzie wierzyli w magię, dlatego też delikatnie osnuta wokół wydarzeń mgiełka świata fantastycznego, tylko dodaje smaczku całej powieści. Nie traci ona nic z autentyczności.

Co mogę napisać o bohaterach? Po pierwsze, muszę przypomnieć, że większość z nich to postacie historyczne, wielu znanych nam z podręczników do historii inni może trochę pomijani, oraz ci fikcyjni, których autorka stworzyła na potrzeby fabuły. Po drugie, wszyscy zostali obdarzeni przez autorkę indywidualnymi cechami, każdy ma swoje walory ale i każdy zmaga się z własnymi słabościami. Od pierwszej do ostatniej strony mamy wiele okazji dobrze poznać każdego bohatera. Ci najważniejsi mają swoje rozdziały. Daje to możliwość przyjrzenia się wydarzeniom z różnych perspektyw. Gama bohaterów jest szeroka i zróżnicowana. Są to zarówno dzielni wojowie, wielcy (i nieco mniejsi) książęta, królowie, nie do końca bezbronne damy, przedstawiciele duchowieństwa a także ludzie Starej Krwi, którzy stanowią największą zagadkę tej powieści i dodają jej magii.

Z całych sił próbuję być obiektywna i szukam w "Koronie..." słabych stron, ale nic nie przychodzi mi do głowy. Zarówno styl autorki jak i treść powieści idealnie mi pasują. Nie mam nic do zarzucenia pustaciom. Przeciwnie, odpowiadają moim wyobrażeniom o tych, których do tej pory miałam okazję poznać jedynie na obrazach lub w podręczniku do historii. Ciężko się do czegokolwiek przyczepić. Powieść napisana jest z pasją i ta pasja udziela się czytelnikowi. Sama dałam się porwać aurze tamtych czasów i po skończonej lekturze wertowałam strony poświęcone królowi Przemysłowi II, oraz jego dziejom, postaci ciekawej, intrygującej a niestety mniej znanej z historii.

A czy porównanie powieści Cherezińskiej do słynnej "Gry o tron" jest słuszne?
Jest wiele podobieństw, przede wszystkim, tak w jednej jak i w drugiej pozycji głównym tematem jest walka o władzę w podzielonym królestwie, w której udział biorą znaczące rody, a każdy z nich szczyci się własnym herbem i zawołaniem rodowym. I tu i tu świat realistyczny miesza się z fantastycznym. Ponadto obie powieści charakteryzują się mnogością bohaterów, choć tu pan Martin wiedzie prym (ale trzeba przyznać, w kwestii ilości stworzonych postaci chyba nikt faceta nie pokona). Natomiast główną różnicą jest ta, że  "Gra o tron" to czysta fikcja, w której losy bohaterów całkowicie zależą od wyobraźni autora (i jak to się dla nich kończy doskonale wiedzą fani sagi), zaś "Korona..." jest oparta na faktach, w które autorka starała się przesadnie nie ingerować. Z pewnością obie powieści są warte przeczytania, a każda z nich wnosi do literatury coś indywidualnego.

Ale wracając do dzieła pani Cherezińskiej. Według mnie to brawurowo opowiedziana historia Polski, którą chce się odkrywać na nowo, a przy tym doskonały, trzymający w napięciu kryminał, z elementami fantastyki, romansu, okraszony nieprzytłaczającymi scenami batalistycznymi. Majstersztyk.

Wyzwania: Klucznik

poniedziałek, 20 października 2014

"Fartowny pech" - Olga Rudnicka

"Fartowny pech"
Olga Rudnicka
Wydawnictwo Prószyński i S-ka
Warszawa 2014
ISBN 978-83-7839-774-8
Str. 303
Moja ocena: 5/6

Dziany, Nadziany, Gianni... taki zlepek nazwisk musi oznaczać ciekawą i nieco zaplątaną przygodę. Najnowsze dzieło  Olgi Rudnickiej po prostu musiało trafić na moją półkę. Rudnicka jest dla mnie mistrzynią kryminału z przymrużeniem oka. 


 Filip Nadziany i Krystian Dziany, to koledzy ze szkoły policyjnej, których drogi się rozeszły. Obu bohaterów poznajemy w niezbyt fortunnych okolicznościach. Ten pierwszy padł ofiarą zemsty kobiety, która ośmieszyła go przed znajomymi i rodziną. Nadziany postanowił zmienić środowisko i miejsce pracy i przeniósł się do małej wsi Paszcze, do odziedziczonego po pradziadku domu, totalnej ruiny. Natomiast Dziany, zwany Krysiem, traktował swoje policyjne obowiązki z zaangażowaniem dużo większym od swych kolegów, co jednak wcale nie przysparzało mu zaszczytów. Przeciwnie, koledzy się od niego odsuwali, a kiedy wlepił mandat żonie komendanta, określając ją przy tym niezbyt pochlebnymi epitetami, miarka się przebrała i Kryś został chłopcem od najgorszej roboty, do której nikt się nie garnął. Oburzony tak jawną niesprawiedliwością bohater postanowił porzucić szeregi policji i zostać prywatnym detektywem. W rozwinięciu działalności pomaga mu brat Gianni, który para się specyficznym zajęciem. Jest, hmm... jak to określić? Porządkowym na usługach mafii;).  Kolejne sploty wydarzeń doprowadzają braci do niewielkiej miejscowości, gdzie Kryś spotyka dawnego kolegę. Od tej pory ta niezwykła trójka prowadzi niebezpieczną grę ze światem przestępczym wywołując przy okazji wojnę mafii. Oj będzie się działo.


Luźny, gładki i przyjemny styl Olgi Rudnickiej nie zawodzi i tym razem. Do tego pomysłowo zafiksowana fabuła. Uśmiech mi z twarzy nie schodził. Przy czym cała farsa nic nie ujmuje zagadce kryminalnej. Szkoda tylko, że taka krótka ta książka. To chyba jej główna wada.


Nadziany, Dziany, Gianni... Policjanci i przestępca? Przestępcy i policjant? Czy trzech bohaterów w walce z przestępczym światem? W tej farsie nie ma miejsca na czerń i biel. Mamy tu całą gamę szarości. Czy może raczej kolorów wszelakich. Sprzyjał im fart w sytuacjach bez wyjścia? A może mieli pecha, że w ogóle się w nie pakowali? Cóż, własne zdanie na ten temat możecie sobie wyrobić po przeczytaniu tej powieści. A warto. Dla relaksu, uśmiechu ale i dla prawdziwej kryminalnej historii. 


Polecam książkę, a ja czekam na kolejne powieści pani Rudnickiej.