Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Str. 301-400. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Str. 301-400. Pokaż wszystkie posty

piątek, 1 lipca 2016

"Dom na Wyrębach" - Stefan Darda

 Wydawnictwo Videograf II
 Str. 336
 Moja ocena 4/6
 
"Życie składa się z chwil. Ulotnych, niezapomnianych, takich, których nie chce się pamiętać i takich, które wgryzają się w świadomość nie mając za żadną cenę ochoty jej opuścić"
Mam takie wspomnienie z dzieciństwa, miejsce w środku lasu owiane nutką tajemnicy. Kiedyś był tam dom. Ale pewnego dnia wszystko stanęło w płomieniach.

wtorek, 28 czerwca 2016

"Ósme życie (dla Brilki)" - Nino Haratischwili

"Das achte leben"
Przekład Urszula Poprawska
Wydawnictwo Otwarte
Str. 376 (e-book)
Moja ocena 5/6


"Historie nakładają się, zachodzą na siebie, są z sobą zrośnięte, a ja próbuję rozsupłać ten kłąb, bo przecież rzeczy trzeba opowiadać po kolei. Nie da się ująć w słowa jednoczesności świata"
Ostatnio brak mi weny na pisanie. A książka o której chce dziś opowiedzieć zasługuje na dobrze dobrane słowa, podkreślające jej wartościowość i doskonałość.

Obiecałam sobie, że nie będę się rzucać na nowości czytane i zachwalane aktualnie przez wszystkich. A mam słabość do takich. Łatwo daję się przekonać zapewnieniom o kolejnym " bestsellerze". Niestety już nie raz się zawiodłam. "Ósme życie" to kolejny przykład mojej słabej woli. Czy jednak żałuję, że nie oparłam się pokusie? Absolutnie nie. Dawno już żadna książka nie wywołała we mnie tak wielu emocji jak powieść Nino Haratischwili.

piątek, 17 czerwca 2016

Prawie siostry - Maria Ulatowska


Wydawnictwo Prószyński i S-ka
Str. 360
Moja ocena 2/6

Pamiętacie swoje marzenia z czasów szkolnych? Planowaliście swoją przyszłość, snuliście przypuszczenia kim będziecie, gdzie zamieszkacie, jak potoczy się Wasze życie. Podobne było z trzema bohaterkami tej powieści. Najlepsze przyjaciółki, nierozłączne. "Te Trzy". Bliższe sobie niż własne rodzeństwo. Prawie siostry.

środa, 18 maja 2016

"Wspomnienia brudnego anioła" - Henning Mankell

"Wspomnienia brudnego anioła"
Minnet av en smutsig ängel
Henning Mankell
Przekład Ewa Wojciechowska
Wydawnictwo W.A.B.
Str. 352
Moja ocena 4/6


lubimyczytac.pl
Henning Mankell w nowej odsłonie jako pisarz historyczny! Historia Szwedki, która zostaje właścicielką największego domu publicznego w stolicy Mozambiku na przełomie XIX i XX wieku. Mankell sięga do dokumentów sprzed stu lat, by opowiedzieć historię tajemniczej nordyckiej piękności. Europejski sukces „Włoskich butów” powtarza dziś powieść "Wspomnienia brudnego anioła".

Henning Mankell tak objaśnił genezę tej powieści w posłowiu:

"W tym wypadku było tak: Tor Sällström, autor i znawca Afryki, wspomniał mi przypadkiem w rozmowie o niezwykłych dokumentach, na jakie natrafił w archiwum w Maputo, stolicy Mozambiku. Wynikało z nich, że na przełomie XIX i XX wieku pewna Szwedka była właścicielką największego domu publicznego w tym mieście, które wówczas nazywało się Lourenço Marques. Pozostał po niej ślad w dokumentach, ponieważ przez wiele lat płaciła ogromne podatki. Jednak w pewnej chwili ślad ten całkiem się urywa. Ta tajemnicza kobieta pojawiła się nagle, znikąd, i tak samo zniknęła. Kim była i skąd przybyła do Afryki? Próbowałem dowiedzieć się o niej więcej, ale wygląda na to, że przybyła nie wiadomo skąd i po jakimś czasie naprawdę zaginął po niej wszelki ślad. Cała historia opisana w tej książce jest więc pewną, mniej lub bardziej prawdopodobną teorią na jej temat". 
Moja opinia:

Przygodę z twórczością Henninga Mankella planowałam zacząć od przygód komisarza Wallandera. Jednak pewnego dnia robiąc spokojnie zakupy w pewnym znanym owadzim dyskoncie trafiłam na "Wspomnienia brudnego anioła" w twardej okładce i przy tym w bardzo korzystnej cenie nie mogłam się w jeden egzemplarz nie zaopatrzyć. Oczywiście jak większość moich prywatnych książek i ta odstała swoje nim przyszło mi poznać jej treść. W końcu udało się.

Jakie wrażenie na mnie wywarła ta powieść? Pierwsze słowa jakie cisną mi się na usta to "może być". Po prostu. "Wspomnienia brudnego anioła " nie pozostawiły mnie z efektem "łał", ale też nie wywołały rozgoryczenia. Ot, przeczytałam książkę, której treści być może szybko nie zapomnę, bo była dość interesująca,  jednak nie na tyle by wywołać głębsze emocje.

Powieść Mankella ma właściwie wszystko to, co powinna mieć dobra książka. Ciekawie zarysowana fabuła, interesująca tematyka, dotykająca kolonizacji Afryki, nieprzerysowane i poprawnie wykreowane postaci.

Klimat tej powieści wydał mi się umiarkowany z tendencją do polarnego. Co w sumie pasuje do skandynawskiego autora, do tego mężczyzny. I w porządku. Historia nie musi być cukierkowa, ani specjalnie romantyczna żeby mi się podobała. Przeciwnie, te nieco sztywne osobowości, chłód i wyrachowanie większości z nich doskonale podkreślało rzeczywistość opisywanych czasów i uwierzytelniało historię.

Nie mogę też narzekać na styl autora. Powieść jest dopracowana, przemyślana. Do tego oparta na strzępkach informacji o autentycznych wydarzeniach. Mankell dotarł do faktycznych zapisków o Szwedce, która w XIX wieku prowadziła dom publiczny w Mozambiku. Niewiele wiadomo o tej postaci, ale dla autora stała się inspiracją do stworzenia Hanny, głównej bohaterki "Wspomnień brudnego anioła".
"Hanno Renstrom, córko moja, jesteś aniołem, ubrudzonym, ale mimo wszystko aniołem."
 "Wspomnienia brudnego anioła" to historia o młodej, biednej dziewczynie, o pokonywaniu przez nią trudów życia, o dalekiej, niebezpiecznej podróży, ludzkich tragediach i o bogactwie, które szczęścia nie daje. A także o dojrzewaniu. Za szybkim ale nieuniknionym.
"Może tajemnica dorosłości polega na zrozumieniu prawdy, że człowiek nigdy nie może być pewien, co go w życiu spotka. Zwłaszcza jeśli wyjeżdża, porzucając to co oswojone i znane."
Na początku było mi żal Hanny, która została zmuszona by opuścić rodzinny dom, matkę i rodzeństwo i wyruszyć w nieznane z obcym człowiekiem w celu poszukiwania "lepszego życia".  Muszę przyznać, że bohaterka zaimponowała mi swoją racjonalną postawą, trzeźwą oceną sytuacji, podejmowanymi decyzjami. Mimo, że młoda i niedoświadczona, to jednak zaradna. Choć na początku zlękniona, niepewna tego co ją czeka, to w rezultacie okazała się dzielna. Życie jej nie oszczędzało, ciągle rzucając kłody pod nogi. Nawet kiedy fortuna się do niej uśmiechnęła, próżno było doszukiwać się szczęścia w jej egzystencji. 

Hanna w swym krótkim życiu wiele przeszła, niejedno widziała. Los zetknął ją z okrucieństwem Europejczyków, którzy uważali się za panów świata, w stosunku do rdzennych mieszkańców Czarnego Lądu. Swoje obserwacje spisywała w dzienniku, analizowała, rozmyślała. Przez postać głównej bohaterki, autor przemycił pewną istotną uwagę, która mocno wryła mi się w umysł, dając powód do własnych refleksji na temat szczęścia oraz docenienia tego co mam.
"W samym środku oceanu niewyobrażalnej biedy widzę wyspy pełne wszelkich bogactw. Widzę radość, która nie ma prawa tam być, oraz ciepło, któremu udaje się przetrwać wbrew wszelkiej logice. Jeśli wyobrażę sobie odwrotność tej sytuacji, ujrzę pełen nieszczęść ocean bogactwa białych, a na nim maleńkie wyspy radości"
Chociażby dla tego krótkiego cytatu, dla zrozumienia, czym jest szczęście, warto było przeczytać tę powieść. To niezwykle cenna uwaga. Genialne zestawienie, biały bogaty człowiek, intruz na afrykańskich ziemiach, panoszący się jak zaraza. Niczym pan i władca zabierający i posiadający to, co, tylko i wyłącznie w jego mniemaniu, należy do niego. Pragnący więcej i więcej. Wiecznie nienasycony i przy tym nieszczęśliwy. A z drugiej strony biedni, czarnoskórzy niewolnicy, służący, upodleni, traktowani na równi z najmarniejszym robakiem, którzy jednak potrafili odnaleźć radość w najmniejszej błahostce. 

Zatem zmierzając do końca, "Wspomnienia brudnego anioła" to powieść, którą warto poznać, chociaż nie ma co oczekiwać bestselleru. Nie będę tu pisać o niewykorzystanym potencjale całej historii, bo uważam, że Henning Mankell zrobił kawał dobrej roboty, jak mniemam (bo jeszcze nie znam) we własnym stylu, chłodnym i nieco oschłym. Brakowało mi trochę głębszych emocji, czy większych zrywów akcji. Nie wydaje mi się, żebym za jakiś czas pamiętała wiele z tej powieści, może za wyjątkiem cytatu o "wyspach radości", no i tego, że to o jakiejś Szwedce, co to dom publiczny w Afryce prowadziła. Ale w gruncie rzeczy przyjemnie spędziłam czas z tą książką. Nie umniejszyła nic z mojej chęci poznania kryminalnej strony autora i przygód wykreowanego przez niego Wallandera.


Jeżeli lubicie powieści z historią w tle, interesuje Was temat kolonizacji, niewolnictwa, lub jesteście amatorami dobrej powieści obyczajowej, zachęcam do "Wspomnień brudnego anioła". 

Wpadnij do mnie też tu --> facebook
śledź fotki tu --> instagram

środa, 25 lutego 2015

"Do trzech razy Natalie" - Olga Rudnicka



„DO TRZECH RAZY NATALIE”

Olga Rudnicka
Cykl: "Natalii 5"
Wydawnictwo Prószyński i S-ka
2015
ISBN 9788379611225
Str. 384
Moja ocena 3,5/6 


Znacie już siostry Sucharskie? A może po raz pierwszy słyszycie o pięciu nietuzinkowych Nataliach? Krótkie przypomnienie, pięć kobiet, córki jednego ojca, bigamisty. Poznały się dopiero po jego śmierci i odziedziczyły po nim całkiem pokaźną sumkę pieniędzy oraz wielki dom. A czemu wszystkie zostały Nataliami? No cóż, celowy zabieg zapobiegliwego tatusia. Żeby się bynajmniej nie pomylić. Sprytnie, prawda? Dla rozróżnienia siostry postanowiły używać drugich imion lub skrótów, i tak Anna, Natalia, Nata, Magda i Natka polubiły się, zamieszkały wspólnie w Mechlinie, a ile przy tym się działo...

Jakiś czas później dziewczyny uwikłały się w kryminalną zagadkę, w której ofiarą był dobry znajomy ich ojca. Ponownie przeżywały czasem zabawne, czasem niebezpieczne perypetie. Tak było w „Natalii 5” oraz „Drugim przekręcie Natalii”.

I tak oto dobrnęliśmy do trzeciej części przygód Sucharskich. Tym razem siostry przeżywają miłosne perturbacje. W końcu postanawiają dać nauczkę swoim mężczyznom i nie informując ich o niczym wyjeżdżają na wakacje pozostawiając cały dom i dzieci na głowach drugich połówek. Oczywiście to Natalie Sucharskie, tak więc wczasy na pewno nie będą zwyczajne i spokojne. Problemy zaczynają się już na samym początku, bo jak tu w sezonie znaleźć pokój dla pięciu sióstr i to jeszcze o odpowiednim standardzie (a co, przecież je stać). Kiedy dziewczynom w końcu udaje się znaleźć kwaterę, wszystko wydaje się wracać do porządku. Nic bardziej mylnego. Nata potrzebuje pomysłu na nową książkę. A jak lepiej szukać inspiracji, jeśli nie prowadząc prywatne śledztwo w sprawie morderstwa? Ofiarą jest młoda dziewczyna, na którą trzy młodsze Sucharskie natknęły się zupełnie przypadkiem w kawiarni. A sprawcy zbrodni są zdeterminowani żeby odzyskać pewien kupon.

Kiedy czytałam pierwszą część serii o Nataliach, byłam zachwycona pomysłem autorki. Pięć kobiet o tym samym imieniu i nazwisku, a każda wyposażona w nietuzinkowy charakter, to musiało obfitować w sceny niczym z domu wariatów. Było zabawnie, a wplatając w to  całkiem sprawnie poprowadzoną zagadkę kryminalną, Rudnicka stworzyła ciekawą, oryginalną historię, a przy tym doskonałą lekturę na wakacje, dla odprężenia, na poprawę humoru.

Niestety w trzeciej części ten pomysł już mi się przejadł. Do tego fabuła opierała się głównie na narzekaniu sióstr, jakich to niedobrych mają tych chłopów. Wątek zbrodniczy oraz poszukiwanie prawdy przez siostry, nie był zbyt ciekawy. Przeciwnie, taki zupełnie nijaki i w moim odczuciu zmarginalizowany. Dopiero, może ostatnia, jedna czwarta powieści wciągnęła mnie nie powodując ziewania i przewracania oczami z myślami, „jakie to nudne/ przewidywalne/ irytujące/ zupełnie oderwane od rzeczywistości”.

Nie to żeby książka nie wywoływała żadnych emocji, przeciwnie. Osobiście ogromnie współczułam partnerom Natalii. Nie mieli chłopaki łatwego życia. Jak nie dorosłe (przynajmniej z założenia) partnerki, to nie mniej upierdliwe dzieciaki. A już postać Amelki niczym z koszmaru.

Sięgając po powieść Olgi Rudnickiej, którą naprawdę cenię za to, że w tak młodym wieku wydała już tyle bardzo dobrych książek, liczyłam na więcej niż ostatecznie dostałam. Być może mój negatywny odbiór „Do trzech razy Natalie” wynikał właśnie z tej wysoko postawionej poprzeczki? Zabrakło mi polotu i fantazji, z których słynie autorka. Nie ukrywam, że najbardziej ucieszyła mnie końcowa adnotacja Rudnickiej, że nie będzie już (przynajmniej w najbliższej przyszłości) kontynuacji „Natalii”. Czekam zatem na nowe przygody, nowych bohaterów i kolejne pomysły pani Olgi, których jej nie brakuje, co udowodniła chociażby poprzez „Fartowny pech”. A „Do trzech razy Natalie” polecam zainteresowanym, aczkolwiek radzę zacząć od pierwszej części żeby w ogóle zorientować się co i jak w temacie piszczy. Bo losy sióstr Sucharskich są poplątane niczym węzeł gordyjski, zawikłane jak labirynt Minotaura i wciągające jak trójkąt bermudzki :).

Poprzednie części:
"Natalii 5"
"Drugi przekręt Natalii"


Książka bierze udział w wyzwaniach:
Klucznik (Love story)
Polacy nie gęsi, czyli czytajmy polską literaturę 
"Historia z trupem"

sobota, 14 lutego 2015

Walentynkowo - "List w butelce" - Nicholas Sparks



"LIST W BUTELCE"
"Message in a bottle"
Nicholas Sparks
Przekład Małgorzata Samborska
 Wydawnictwo Albatros
2014
ISBN 9788378859178
Str. 328
Moja ocena 3,5/6
Czytałam kiedyś inną książkę Nicholasa Sparksa i powiem szczerze, nie przypadła mi do gustu. Mdła, nudna fabuła, do tego do bólu przewidywalna. Dlatego, kiedy dostałam „List w butelce” byłam pełna obaw. Jednakże postanowiłam przeczytać, nie zajęło mi to dużo czasu i ku lekkiemu zdziwieniu i dużej uldze, nie było najgorzej.

Ona rozwódka z dzieckiem, on wdowiec. Oboje przeżyli już w swym życiu największą miłość. Przynajmniej, tak im się wydaje. Połączył ich list w butelce, który Theresa znalazła w czasie porannego joggingu na plaży. Wiadomość była niezwykle wzruszająca. Kobieta postanowiła opublikować treść listu w gazecie, w której miała swoją rubrykę. Artukuł spotkał się z szerokim odzewem i wkrótce Theresa trafiła na ślad kolejnych listów z butelki. Wszystko wskazywało na to, że nadawcą był ten sam mężczyzna. Musiała poznać tego nieszczęśliwego człowieka i jego historię. Po nitce do kłębka, trafiła do Garreta.
Dwoje ludzi po przejściach. Każde z własnym bagażem doświadczeń. Do tego mieszkających daleko od siebie. Czy na tak niepewnych fundamentach może powstać trwały związek? Na to pytanie odpowiada Nicholas Sparks w swej powieści.

„List w butelce” to klasyczny romans. Taki trochę wyciskacz łez, ale o dziwo, czyta się przyjemnie i szybko. Nie jest to lektura wysokich lotów. Prosty język, mało skomplikowana forma treści, dużo dialogów i wielki druk przyczyniają się do wchłonięcia całości w kilka chwil. Nie powiem, irytowały mnie przeciągające się wywody na temat „ja Ciebie chyba kocham, czy ty mnie też?”, „I ja Ciebie kocham, ale gdzie będziemy mieszkać?”. Ale to w końcu powieść o miłości, no to o czym mają rozmawiać? Czepiam się wiem:).  

No dobrze, nie przedłużając, co jeszcze mogę ciekawego napisać? O bohaterach raczej niewiele. Sztampowe postaci, oboje piękni (chociaż nie Garret podobno nie był tak przystojny jak był mąż Theresy) i niezdecydowani. Garrett zmaga się z przeszłością. Próbuje się pogodzić ze śmiercią żony, musi pozwolić jej odejść i zrobić w sercu miejsce dla innej kobiety. Theresa musi uporać się z teraźniejszością, a także przyszłością własną i Kevina, jej syna. Kariera kobiety zaczyna się właśnie rozwijać, czy zdecyduje się porzucić dotychczasowe życie dla ukochanego mężczyzny. No i jeszcze dzieląca ich odległość. Wszystko to stoi na drodze do szczęścia dwojga ludzi.
Przyznam, że spodziewałam się innego zakończenia. Naciąganego, przewidywalnego, krótko mówiąc nudnego. A jednak autor mnie zaskoczył i za to ogromny plus się należy.

Tak czy owak, jakie by nie były moje prywatne uczucia do „romansideł”, „List w butelce" mogę z czystym sumieniem polecić. A komu? Zdecydowanie paniom, które uwielbiają historie miłosne, mądre, aczkolwiek niewymagające. Najlepiej na miłe chwile z książką podczas wakacji. Przy tej powieści można się odprężyć i uciec od codzienności. A na Walentynki to już lektura obowiązkowa ;)


A na koniec bonus. Mój absolutny number one utworów nie tylko romantycznych. Bo kiedy kochamy prawdziwie to "nothing else matters".




Książka bierze udział w wyzwaniach:
Klucznik (Wydana w 2014, Love story)
Czytam zekranizowane powieści



CzytamNiePrzeszkadzać teraz także na facebook'u. Dołącz i bądź na bieżąco :) (boczny pasek)

środa, 4 lutego 2015

"Poczwarka" - Dorota Terakowska

„POCZWARKA”
Dorota Terakowska
Wydawnictwo Literackie
2001
ISBN 8308030947
Str. 322
Moja ocena 3,5/6 

  To jest moje drugie spotkanie z powieścią Doroty Terakowskiej. Pierwsza była „Córka Czarownic”, która tak mnie urzekła, że postanowiłam lepiej poznać twórczość autorki. Tym razem mój wybór padł na „Poczwarkę”.

„Ale właśnie ze stwarzaniem ludzi bywało różnie. Dlatego Pan, metodą prób i błędów, stwarzał też Dary i ofiarowywał je ludziom, aby ich doskonalić. Doskonalenie także nie zawsze się udawało. Albo Dary były nie dość dobre, albo ludzie nie rozumieli, dlaczego zostali wybrani by je otrzymać”
Ewa i Adam tworzyli małżeństwo idealne. Oboje byli piękni i młodzi. Ich kariery rozwijały się pomyślnie. Wybudowali piękny dom, w którym nawet okładki książek musiały pasować do wnętrz.

„Proszę kupować książki w podobnych formatach, inaczej okładki będą brzydko wystawać. Nie powinny mieć jaskrawych okładek, bo zepsują kompozycję.
Do pełni szczęścia brakowało im tylko dziecka. W ich życiu nic nie działo się bez wcześniej ustalonego planu, dlatego też pora przyjścia na świat potomka została gruntownie przemyślana.
I tak urodziła się Marysia, zwana Myszką. I odtąd cały uporządkowany, sterylny świat Ewy i Adama legł w gruzach. Myszka nie była dzieckiem jakiego oczekiwali, w którym pokładali nadzieje. Dziewczynka urodziła się z najcięższą postacią zespołu Downa.
Wątpliwości, żal, niedowierzanie, rozpacz, a także strach przed przyszłością, to nie są uczucia, które powinny towarzyszyć świeżo upieczonym rodzicom. Ale bohaterowie „Poczwarki” właśnie to przeżywają. Szukają odpowiedzi na odwieczne pytanie, „dlaczego właśnie nas to spotkało?”. Od pierwszych dni życia dziecka, muszą podejmować trudne decyzje, z których ta najtrudniejsza, to czy nie oddać chorego dziecka. Adam jest wręcz przekonany, że to najlepsze co mogą zrobić. Przecież w ich życiu nie ma miejsca na „TO”. Będą mogli postarać się o dziecko o jakim marzyli. Ale w Ewie budzi się instynkt macierzyński, który nie pozwala porzucić córeczki.
Kolejne lata będą dla tej rodziny próbą i nauką. Próbą głównie dla małżeństwa Ewy i Adama, które stanie pod wielkim znakiem zapytania. A nauką, ponieważ cała trójka będzie dzień w dzień dowiadywać się nowych rzeczy o sobie, o świecie, o chorobie Myszki, o Bogu. Ale także i chyba najważniejsze, rodzice będą musieli nauczyć się kochać swoje dziecko.

„Ileż takie dziecko wyzwala emocji i uczuć, jaką walkę człowiek musi stoczyć sam ze sobą i jakież to szalone kłębowisko myśli”
„Poczwarka” to niezwykle emocjonalna powieść. Przez wszystkie strony przebija się paleta najprzeróżniejszych uczuć. Skrajnych uczuć, od miłości do nienawiści. Ponadto autorka opisała to tak, że te emocje bohaterów przenoszą się na czytelnika. Sama niejednokrotnie zadałam sobie pytanie, jak postąpiłabym w takiej sytuacji? Czy dałabym radę? Czy zachowywałabym się podobnie jak Ewa? Czy dopadały by mnie wątpliwości Adama? Czasami współczułam, innym razem byłam zła na takie a nie inne zachowanie.
Dorota Terakowska stworzyła w „Poczwarce” dwa światy. Ten prawdziwy, w którym Myszka była nieporadną, niezgrabną, nie potrafiącą mówić dziewczynką, w którym matka zawsze była przy niej, czasem ją przytulała innym razem odpychała od siebie, i w którym ojciec unikał jej jak ognia. Oraz ten drugi świat. Tajemniczy Ogród, w którym z poczwarki uwalniał się zwinny, tańczący motylek.
„Poczwarka” to także opowieść o Bogu. Przywołując Jego postać, autorka jakby stara się odpowiedzieć na pytanie, czemu Bóg doświadcza rodziców, zsyłając im chore dzieci. Przedstawia je jako Dary Pana, cudowne istoty, które tak wiele mogą dać ludziom tu na Ziemi. Wzbogacają swoją obecnością, miłością, codzienną wytrwałą walką, puste i próżne życie zdrowego człowieka. A Bóg? Dla nas to Istota wszechpotężna i nieomylna. Czy jednak tak jest naprawdę? Czy Jemu nie zdarza się wątpić w swoje dzieła?

„- TO JEST DOBRE – powiedział Pan, z malutkim cieniem wątpliwości. Wątpliwości towarzyszyły mu zawsze. Pomyłki też. Doskonałość trafiała się rzadko.”
„Poczwarka” to trochę taka ładna, choć smutna bajka o Kopciuszku, który nigdy nie zostanie królewną, o poczwarce, która na zawsze uwięziła pięknego motyla. To powieść, która na pewno zapada w pamięć, chociaż mimo wielu zalet, posiada też pewne wady, które mnie osobiście troszeczkę odbierały przyjemność czytania. Z jednej strony historia Myszki wzrusza, porywa swym czarem, a z drugiej niektóre sceny wydają się przesadzone, niepotrzebne, tak jak te w Ogrodzie, które przynajmniej w tych początkowych odsłonach, były według mnie przekombinowane, co mnie nieco drażniło. Autorka nie uniknęła otarcia o infantylność. Ale w ogólnym zarysie, książka wypada ciekawie i wręcz zmusza do refleksji. „Poczwarka” to pozycja, którą warto przeczytać, chociażby po to, aby spróbować zrozumieć dzieci naznaczone chorobą, oraz ich rodziców, dostrzec ich walkę o normalne życie, otworzyć serca na Dary Pana. Obyśmy nigdy nie zostali gapiami w tłumie, pełnym niezrozumienia a często wstrętu i nienawiści.

Książka bierze udział w wyzwaniach
Polacy nie gęsi, czyli czytamy polską literaturę

niedziela, 25 stycznia 2015

"Zjawa" - Graham Masterton



"ZJAWA"
"Spirit"
Graham Masterton
Przekład Andrzej Szulc
Wydawnictwo PRIMA
1995
ISBN 83-85855-72-6
Str. 366
Moja ocena: 3/6
 
Z prozą Grahama Mastertona miałam już styczność kilka lat temu. Trafiłam wtedy na thriller, który nie do końca mnie przekonał. Niedawno postanowiłam dać temu autorowi drugą szansę i ponownie sięgnęłam po jego książkę. Natrafiłam kiedyś na opis „Zjawy” i zaintrygował mnie ten tytuł. Kiedy więc znalazłam książkę w bibliotece nie wahałam się i zgarnęłam z półki.  Zapowiadało się na rasowy horror.

Zastanawialiście się kiedyś jak wyglądał by świat, gdyby wyobraźnia człowieka nie umierała wraz z nim?
To jest historia o trzech siostrach, Elizabeth, Laurze i Peggy. Dziewczynki lubiły baśnie i wspólną zabawę. Pewnego zimowego dnia pod małą Peggy załamuje się lód i dziewczynka tonie. Tragedia mocno wstrząsnęła całą rodziną. Ojciec obwinia się o śmierć córeczki, matka popada w obłęd a Elizabeth i Laura? Dziewczynki na dziecięcy, nieskomplikowany sposób radzą sobie z tym przeżyciem. 
Jakiś czas później w ich życiu pojawia się zjawa, mała dziewczynka, która przypomina siostrom Peggy. Wygląda na to, że duch dziecka postanowił pozostać na ziemi by chronić rodzinę. Ale czy to naprawdę Peggy? I kim lub czym jest towarzysząca jej czarna postać, która w upalny dzień zamraża człowieka tak, że jego ciało rozpada się na kawałki? Jedyną pewną rzeczą jest to, że tak okrutna śmierć czeka ludzi, którzy skrzywdzą siostry. Z upływem lat ta „opieka” staje się coraz bardziej zaborcza. Każdy kto choćby zbliży się do Elizabeth i Laury jest zagrożony. W końcu najstarsza z sióstr podejmuje decyzję, o pozbyciu się natarczywej zjawy, co jednak okaże się niezmiernie trudne i śmiertelnie niebezpieczne. 

Wiecie za co lubię Stephena Kinga? Kiedy czytam jego powieści, nawet te najbardziej pokręcone i dziwaczne, przeraża mnie najbardziej ich realizm. Niesamowicie działają na umysł, jestem skłonna uwierzyć w największy absurd. U Mastertona tego nie czułam. Owszem, przez pewien czas włoski jeżyły się na karku. Czytałam z rosnącym zainteresowaniem. Jednak w miarę poznawania prawdy zamiast coraz straszniej, było według mnie tylko bardziej groteskowo. Sam pomysł fabuły całkiem ciekawy. Niestety w pewnym momencie robi się naiwnie. Napięcie średnie, strachu się nie najadłam.
Duży plus za styl autora. Mimo dość banalnej historii powieść czytało się dobrze, szybko i łatwo. Obyło się bez nudnych przestojów. 
Bohaterowie raczej sztampowi. Dobre, trochę naiwne siostry, źli ludzie, którzy chcą je wykorzystać, zrobić im krzywdę i zjawa, która tak naprawdę nie wiadomo czego chce. Trochę zawiodło mnie też zakończenie, ale być może dlatego, że czego innego się spodziewałam.  

"Zjawa" to taka książka, którą można przeczytać i nie będzie to czas stracony, jednak choć autor bardzo się starał, to mnie nie przestraszył ani nie zszokował. Ale było coś w tej książce, co mnie urzekło. Być może wpleciony w historię wątek Królowej Śniegu, mojej ulubionej baśni, pod której urokiem pozostaję niezmiennie od dzieciństwa? Ponadto przystępny styl i ciekawe pomysły autora sprawiają, że mimo wszystko mam ochotę powrócić jeszcze do prozy Grahama Mastertona. 
A może polecicie mi powieść tego autora, która rozłoży mnie na łopatki? 


Książka bierze udział w wyzwaniach:
Wyzwanie biblioteczne 
Klucznik (niewspółcześnie)