Pamiętacie swoje marzenia z czasów szkolnych? Planowaliście swoją przyszłość, snuliście przypuszczenia kim będziecie, gdzie zamieszkacie, jak potoczy się Wasze życie. Podobne było z trzema bohaterkami tej powieści. Najlepsze przyjaciółki, nierozłączne. "Te Trzy". Bliższe sobie niż własne rodzeństwo. Prawie siostry.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2/6. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2/6. Pokaż wszystkie posty
piątek, 17 czerwca 2016
sobota, 31 maja 2014
"Listy z jeziora" - Agnieszka Korol
Agnieszka Korol
Wydawnictwo Promic
Warszawa 2011
ISBN
978-83-7502-242-1
Str. 311
Moja ocena 2/6
Ostatnio moje lektury obfitowały
w ciężką tematykę wojenną, lub też trzymające w napięciu zagadki kryminalne.
Postanowiłam trochę dać szarym komórkom odpocząć i złapać się czegoś lekkiego,
co nie wymaga specjalnego zaangażowania umysłowego. Tak oto sięgnęłam po „Listy
z jeziora” Agnieszki Korol. Do tej historii zachęcił mnie opis z okładki
sugerujący przyjemną powieść obyczajową przyprawioną pewną tajemnicą, a także
mazurskie klimaty. A teraz o tym co otrzymałam.
„Każdego spotyka w życiu coś ciekawego (…) Coś, co często ma wpływ na nasze dalsze losy. Choć czasami trudno nam to zauważyć”
Szaruga, niewielka miejscowość
gdzieś na Mazurach. Tu Irena Szarada prowadzi swój pensjonat, który
odziedziczyła po rodzicach. Kobieta jest samotna, nie ma żadnej rodziny a wśród
miejscowych krąży o niej plotka jakoby dwadzieścia pięć lat temu przyczyniła
się do śmierci swego męża. Mimo wszystko Irenie udaje się wprowadzać w
pensjonacie niemal rodzinną atmosferę. Goście to zazwyczaj stali bywalcy, od
czasu do czasu trafia się ktoś nowy. Nikt nie ma pojęcia o przeszłości swej
gospodyni. Pewnego dnia Szarada otrzymuje pewien krótki liścik zawierający
pogróżkę podpisaną imieniem... nieżyjącego męża. Wkrótce pojawia się coraz więcej
anonimów. Irena jest wstrząśnięta, czy któremukolwiek z gości zależy za
zburzeniu jej spokoju? A może w całą sprawę zamieszany jest nowy sąsiad? Czyżby
mężczyźnie zależało na przejęciu pensjonatu Szarady?
Tymczasem niczego nieświadomi
goście przeżywają swoje własne rozterki, głównie miłosne. Jednak wkrótce
niespokojny nastrój gospodyni zaczyna udzielać się wszystkim dookoła.
Fabuła wydaje się ciekawa i wciągająca.
Wakacyjne życie pensjonatu na mazurach, perypetie młodszych i starszych
letników, w które wpleciony zostaje wątek niemalże kryminalny. I na tym koniec,
bo to tylko zarys historii, która miała ogromny potencjał. Niestety, według
mnie autorka nie najlepiej zabrała się do tego tematu. Nie mogę inaczej
podsumować tej powieści, jak tylko jako niekończący się dialog zupełnie o
niczym, przeplatany krótkimi opisami z całą plejadą irytujących postaci; po
pierwsze właścicielka pensjonatu, podejrzewająca o spisek wszystkich po kolei,
łącznie z kilkuletnią dziewczynką, dalej owa dziewczynka, pałętająca się
wszędzie, wścibska do bólu i natrętna, starsza pani, lokatorka, którą można
scharakteryzować podobnie do w/w dziewczynki, młody (oczywiście) przystojny
ratownik, który sam nie wie czego chce, rozchwiana emocjonalnie, zbuntowana i
rozpuszczona nastolatka, no i wielu, wielu innych artystów tego dramatu. Autorka
starała się włączyć do powieści momenty akcji, np. poszukiwanie zaginionego
dziecka, jednak za nim na dobre się rozpoczęły już się kończyły. Na finał
czekało się do samego końca, i wszystko byłoby ok, gdyby nie to, że był on
naciągany i mało odkrywczy. A jeśli chodzi o mazurskie klimaty? Właściwie nie
było ich wcale. Ta historia mogłaby się dziać dosłownie wszędzie.
No dobrze, skończę już tą
masakrę. Muszę przyznać, że jeden z moich celów osiągnęłam, „Listy z jeziora”
na pewno nie wymagają wytężania umysłu. Konstrukcja tekstu, składająca się
głównie z dialogów, i duża czcionka sprawia, że czyta się bardzo szybko. Chyba
tylko dlatego przebrnęłam przez całość. Jeżeli ktoś ma ochotę zaryzykować, lubi
taki styl, proszę bardzo. Książka nie zajmuje specjalnie dużo czasu i może
służyć totalnemu odmóżdżeniu.
Wyzwania:
sobota, 29 marca 2014
"Kolekcjoner" - Alex Kava
Alex Kava
Przekład Katarzyna Ciążyńska
Wydawnictwo Mira
Warszawa 2011
ISBN 978-83-238-7517-8
Str. 299
Moja ocena 2/6
Sięgam po książki Alex
Kavy, w ogóle nie biorąc pod uwagę kolejności w jakiej powstały. Tym bardziej,
że w mojej bibliotece ciężko trafić na to co akurat by się chciało mieć. Na
szczęście każda jedna książka o perypetiach agentki Maggie O’Dell napisana jest
tak, że nieznajomość poprzedniej zupełnie nie przeszkadza. A może tylko ja nie
przywiązuję do tego większej wagi?
Ostatnio w moje ręce wpadł
„Kolekcjoner”. Na początek o krótko fabule.
Pensacola na Florydzie. Straż
Wybrzeża wyławia z wód Zatoki Meksykańskiej lodówkę rybacką, w której znajdują
się… szczelnie opakowane fragmenty ludzkich zwłok. Na miejsce przybywa agentka
FBI Maggie O’Dell i rozpoczyna dochodzenie w sprawie makabrycznego odkrycia.
W tym samym czasie w Bazie Sił
Powietrznych Marynarki Wojennej Stanów Zjednoczonych, pułkownik Benjamin Platt,
lekarz, specjalista od chorób zakaźnych, bada tajemnicze przypadki zgonów wśród
żołnierzy. Okazuje się, że wszyscy zmarli mieli w przeszłości amputowane
kończyny.
Wkrótce śledztwa O’Dell i Platta
łączą się i bohaterowie wspólnie muszą doprowadzić sprawę do końca. Sytuacji
nie ułatwia fakt, że do Florydy zbliża się huragan Isaac.
Oj, zawiodła mnie pani Kava tym
razem. To zdecydowanie najgorsza książek jej autorstwa, jakie miałam okazję
przeczytać. I ogólnie jeden z gorszych kryminałów jakie znam. Sprawa klaruje
się już od samego początku. Nic mnie nie zaskoczyło ani nie spowodowało
szybszego bicia serca. Akcja toczy się monotonnie. Odniosłam wrażenie, że ta
powieść napisana jest na siłę. Gdyby to był czyjś debiut, może bym się nie
czepiała aż tak bardzo, jednak Alex Kava przyzwyczaiła mnie do dobrej
kryminalnej literatury. Niezbyt obciążającej umysł ale w pełni
satysfakcjonującej.
Żeby oddać sprawiedliwość, muszę
napisać coś na plus. Sceny się nie przeciągają, pojawiają się ciekawe osoby jak
choćby Liz Bailey. Do tego
duża czcionka, dzięki czemu szybko się czyta. Ergo, dużo czasu nie straciłam.
Ale przecież nie o to w tym wszystkim chodzi prawda?
Potencjał w tej historii na pewno był, szkoda, że nie został wykorzystany.
Wyzwania:
środa, 12 marca 2014
"Gęstwina dusz" - Christopher Rice
(A density of souls)
Autor: Christopher
Rice
Przekład: Jacek
Spólny
Wydawnictwo Zysk i
S-ka
ISBN 83-7298-291-0
Str. 294
Moja ocena: 2/6
Co mnie skusiło, żeby porwać tę
książkę z bibliotecznej półki? Zapewne interesujący opis z okładki. Do tej pory
nie słyszałam ani o książce ani o autorze, który jak się okazało jest synem
znanej pisarki Anne Rice („matki” wampirów z moich nastoletnich lat co tylko
spotęgowało apetyt na powieść ). Opis zaś sugerował przygodę z dreszczykiem,
przypominającą twórczość Kinga. Niestety porównanie według mnie niefortunne, a
sama historia może i miała potencjał, lecz w moim odczuciu autor go nie
wykorzystał.
Meredith, Brandon, Greg i Stephen to
czworo szkolnych przyjaciół, których ulubioną formą rozrywki jest gra w
chowanego na miejscowym cmentarzu. Jednak wkrótce wkraczają w trudny wiek
dojrzewania, zmieniają szkołę i zaczynają pojawiać się między nimi różnice, które
doprowadzają do rozpadu paczki. Żadne z nich nie spodziewa się, jak poważnymi
konsekwencjami zaowocują w przyszłości skrywane tajemnice. Skomplikowane
uczucia, zazdrość, nienawiść, nietolerancja a w końcu poniżenie, obłęd, śmierć…
Tematyka w sumie ciekawa. Skąd więc moja surowa ocena? Chyba
nie do końca przypadła mi do gustu forma przekazu. Fabuła skonstruowana jest w
sposób mdły, przewidywalny, bohaterowie raczej ciężkostrawni, a styl poplątany
i dla mnie niezrozumiały. Często nie mogłam połapać się kto i o czym akurat
mówi. Wszystko to spowodowało, że dwie trzecie powieści nieco mnie wymęczyło,
ale ponieważ z założenia nie lubię odkładać niedoczytanych książek, dobrnęłam
do końca. I ku memu zaskoczeniu okazało się, że finał w pewien sposób ratuje
powieść. Wreszcie coś się dzieje.
Nie moja bajka, ale mimo wszystko nie zniechęcam. Kto wie
może akurat do Was ten styl przemówi;).
Wyzwania:
Subskrybuj:
Posty (Atom)





