Pokazywanie postów oznaczonych etykietą horror. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą horror. Pokaż wszystkie posty

piątek, 1 lipca 2016

"Dom na Wyrębach" - Stefan Darda

 Wydawnictwo Videograf II
 Str. 336
 Moja ocena 4/6
 
"Życie składa się z chwil. Ulotnych, niezapomnianych, takich, których nie chce się pamiętać i takich, które wgryzają się w świadomość nie mając za żadną cenę ochoty jej opuścić"
Mam takie wspomnienie z dzieciństwa, miejsce w środku lasu owiane nutką tajemnicy. Kiedyś był tam dom. Ale pewnego dnia wszystko stanęło w płomieniach.

wtorek, 10 marca 2015

"Apokalipsa Z. Początek końca" - Manel Loureiro

"Apokalipsa Z. Początek końca"
"Apocalipsis Z: El principio del fin
Manel Loureiro
Przekład Joanna Ostrowska, Grzegorz Ostrowski
Wydawnictwo Muza
2013
Str. 416
Moja ocena 4/6

Wiecie jakie jest moje zdanie o zombie? Żywe trupy, łażące bez ładu i składu, z wyciągniętymi łapskami (o ile je jeszcze mają), polujące na świeżutkie mózgi albo nie wiadomo co tam jeszcze. Istoty, o których wszystko już chyba napisano i nakręcono (a nawet zaśpiewano i zatańczono). Właśnie dlatego za historiami o zombie nie przepadam. Pozwolę sobie użyć takiego niezbyt ładnego kolokwializmu i powiem, że wszystkie są na jedno kopyto.

Co więc mną kierowało, kiedy sięgałam po książkę właśnie o „zombiakach”? Autor hiszpańskiego pochodzenia (od jakiegoś czasu wszystko co hiszpańskie mnie kręci:) ). To, że rzecz NIE dzieje się w Ameryce (jak większość). No i pewnie jakaś cząstka mnie, niewytłumaczalnie ciekawa strasznych bajek o dziwnych, paskudnych, niebezpiecznych stworach czyhających na ludzkie życie. Nawet jeśli to tylko (?) zombie. Ponadto koncepcja tajemniczej „choroby” opanowującej świat i poszukiwanie bezpiecznego azylu nieco trąca mi „Bastionem” Stephena Kinga, który uwielbiam.

Głównym bohaterem i jednocześnie narratorem powieści, jest… mężczyzna. Co o nim wiemy? Że jest prawnikiem i mieszka na przedmieściach Pontevedry z kotem Lukullusem. Mężczyzna ów zapisuje w swym blogu spostrzeżenia, przeżycia, wszystko co dotyczy otaczającego świata. Jest to dla niego forma terapii po stracie żony. I to właśnie blog, a później, dziennik (brak prądu, internetu) głównego bohatera jest przekaźnikiem dziejących się wydarzeń.

Wszystko zaczęło się od krótkich informacji w wiadomościach, dotyczących dziwnych incydentów, gdzieś daleko na terenie Rosji. Ale nasz bohater od razu zwrócił na nie uwagę. Przeczuwał, że dzieje się coś złego. Dlatego bacznie śledził kolejne donosy na ten temat. A te były coraz liczniejsze i coraz bardziej niepokojące. Wkrótce Hiszpania, podobnie jak inne państwa podjęła kroki mające ustrzec obywateli przed nieznaną chorobą zamieniającą ludzi w bezmyślne, agresywne istoty. Tworzono bezpieczne strefy, do których zwożono ocalałych. Ale na jakikolwiek ratunek było już za późno. Świat opanowali Nieumarli.

Nasz bohater pozostał w swoim domu z wiernym kocim towarzyszem. Ze zgrozą obserwował i zapisywał kolejne wydarzenia, których był świadkiem. W końcu doszedł do wniosku, że nie może wiecznie ukrywać się w domu otoczonym przez hordy zombie. Musiał uciekać. Musiał przetrwać. Ale bezpiecznych stref już nie było. O żywych ludzi nie było łatwo, a kiedy już się pojawili, nie mieli dobrych zamiarów. W czasie długiej, wycieńczającej podróży, bohater każdego dnia walczył o przeżycie. Wielokrotnie dopadało go zwątpienie, ale nie mógł się poddać. Przecież musiał zadbać nie tylko o siebie, miał jeszcze Lukullusa:)

Muszę przyznać, że chociaż o zombie, to jednak zaciekawiła mnie ta historia. Fabuła nie jest może specjalnie oryginalna. W skrócie chodzi o to, żeby unikać wszechobecnych Nieumarłych i przeżyć w świecie opanowanym przez te potwory. Bohaterowi wychodzi to całkiem gładko, aczkolwiek nie brakowało momentów, kiedy zastanawiałam się, jak autor rozwiąże sytuację. Najczęściej wychodziło ciekawie i logicznie. Pikanterii dodawały nagłe zwroty akcji i niespodziewane sytuacje. 

Zastosowanie dziennika jako formy narracji było ciekawym zabiegiem, chociaż brak dialogów i czasem za długie przemyślenia bohatera, powodowały ciche ziewnięcia i przymykanie oka. Niestety autor nie ustrzegł się przewidywalności. Ale składam to na karb historii o zombie. Jak już mówiłam, wszystko w tej kwestii zostało powiedziane i naprawdę nie wiem, co mogłoby mnie zaskoczyć?
Czynnikiem, który przyczynia się do dość szybkiego uporania się z lekturą jest z niewymagający ale bynajmniej, nie banalny język, jakim posługuje się autor. 

„Apokalipsę Z. Początek końca” można podsumować krótko, to dobra książka. Jeżeli lubicie historie o zombie, powinna być to dla Was pozycja obowiązkowa. Jeżeli, podobnie jak ja niekoniecznie przepadacie za takim tematem, nie zniechęcajcie się, a nuż wam się spodoba. Powieść jest warta uwagi. Wciąga i intryguje. Sama chętnie sięgnę po kolejne tomy. Jestem bardzo ciekawa tego z czym jeszcze będą musieli zmierzyć się bohaterowie i czy jest jeszcze ratunek dla gatunku ludzkiego?


Książka bierze udział w wyzwaniach:
Historia z trupem
Czytam opasłe tomiska (str. 416)


niedziela, 25 stycznia 2015

"Zjawa" - Graham Masterton



"ZJAWA"
"Spirit"
Graham Masterton
Przekład Andrzej Szulc
Wydawnictwo PRIMA
1995
ISBN 83-85855-72-6
Str. 366
Moja ocena: 3/6
 
Z prozą Grahama Mastertona miałam już styczność kilka lat temu. Trafiłam wtedy na thriller, który nie do końca mnie przekonał. Niedawno postanowiłam dać temu autorowi drugą szansę i ponownie sięgnęłam po jego książkę. Natrafiłam kiedyś na opis „Zjawy” i zaintrygował mnie ten tytuł. Kiedy więc znalazłam książkę w bibliotece nie wahałam się i zgarnęłam z półki.  Zapowiadało się na rasowy horror.

Zastanawialiście się kiedyś jak wyglądał by świat, gdyby wyobraźnia człowieka nie umierała wraz z nim?
To jest historia o trzech siostrach, Elizabeth, Laurze i Peggy. Dziewczynki lubiły baśnie i wspólną zabawę. Pewnego zimowego dnia pod małą Peggy załamuje się lód i dziewczynka tonie. Tragedia mocno wstrząsnęła całą rodziną. Ojciec obwinia się o śmierć córeczki, matka popada w obłęd a Elizabeth i Laura? Dziewczynki na dziecięcy, nieskomplikowany sposób radzą sobie z tym przeżyciem. 
Jakiś czas później w ich życiu pojawia się zjawa, mała dziewczynka, która przypomina siostrom Peggy. Wygląda na to, że duch dziecka postanowił pozostać na ziemi by chronić rodzinę. Ale czy to naprawdę Peggy? I kim lub czym jest towarzysząca jej czarna postać, która w upalny dzień zamraża człowieka tak, że jego ciało rozpada się na kawałki? Jedyną pewną rzeczą jest to, że tak okrutna śmierć czeka ludzi, którzy skrzywdzą siostry. Z upływem lat ta „opieka” staje się coraz bardziej zaborcza. Każdy kto choćby zbliży się do Elizabeth i Laury jest zagrożony. W końcu najstarsza z sióstr podejmuje decyzję, o pozbyciu się natarczywej zjawy, co jednak okaże się niezmiernie trudne i śmiertelnie niebezpieczne. 

Wiecie za co lubię Stephena Kinga? Kiedy czytam jego powieści, nawet te najbardziej pokręcone i dziwaczne, przeraża mnie najbardziej ich realizm. Niesamowicie działają na umysł, jestem skłonna uwierzyć w największy absurd. U Mastertona tego nie czułam. Owszem, przez pewien czas włoski jeżyły się na karku. Czytałam z rosnącym zainteresowaniem. Jednak w miarę poznawania prawdy zamiast coraz straszniej, było według mnie tylko bardziej groteskowo. Sam pomysł fabuły całkiem ciekawy. Niestety w pewnym momencie robi się naiwnie. Napięcie średnie, strachu się nie najadłam.
Duży plus za styl autora. Mimo dość banalnej historii powieść czytało się dobrze, szybko i łatwo. Obyło się bez nudnych przestojów. 
Bohaterowie raczej sztampowi. Dobre, trochę naiwne siostry, źli ludzie, którzy chcą je wykorzystać, zrobić im krzywdę i zjawa, która tak naprawdę nie wiadomo czego chce. Trochę zawiodło mnie też zakończenie, ale być może dlatego, że czego innego się spodziewałam.  

"Zjawa" to taka książka, którą można przeczytać i nie będzie to czas stracony, jednak choć autor bardzo się starał, to mnie nie przestraszył ani nie zszokował. Ale było coś w tej książce, co mnie urzekło. Być może wpleciony w historię wątek Królowej Śniegu, mojej ulubionej baśni, pod której urokiem pozostaję niezmiennie od dzieciństwa? Ponadto przystępny styl i ciekawe pomysły autora sprawiają, że mimo wszystko mam ochotę powrócić jeszcze do prozy Grahama Mastertona. 
A może polecicie mi powieść tego autora, która rozłoży mnie na łopatki? 


Książka bierze udział w wyzwaniach:
Wyzwanie biblioteczne 
Klucznik (niewspółcześnie)

środa, 17 grudnia 2014

"Przebudzenie" - Stephen King

"PRZEBUDZENIE"
Stephen King
Przekład Tomasz Wilusz
Wydawnictwo Prószyński i S-ka
2014
978-83-7961-070-9
Str. 536
Moja ocena 4/6


Jak chyba każdy fan Stephena Kinga, niecierpliwie czekałam na premierę „Przebudzenia”. No i się doczekałam. Zamówiłam, otrzymałam, przeczytałam. I oto do jakich wniosków skłoniła mnie ta lektura.
Zacznę od krótkiego przybliżenia fabuły.
"A kto pisze scenariusz naszego życia? Przeznaczenie, czy przypadek? Chcę wierzyć, że to drugie. Pragnę tego całym sercem i duszą. "
Jamie Morton miał sześć lat, kiedy po raz pierwszy spotkał  Charles'a Jacobsa, swoją "piątą osobę dramatu". Młody, przystojny i pogodny pastor zyskał sympatię chłopca, jego rodziny, oraz mieszkańców miasteczka, w którym miał pełnić posługę. Pastor był normalnym człowiekiem, kochał żonę i małego synka. Lubił organizować czas młodzieży z miasteczka. Miał też swoje hobby, dość oryginalne, ale nieszkodliwe. 

Pewnego dnia wydarzyła się tragedia, która wszystko zmieniła. Pastor Jacobs odszedł. Jamie sądził, że już nigdy nie spotka człowieka, którego traktował jak przyjaciela i któremu wiele zawdzięczał. Nie wiedział, że się myli, że po wielu latach ich drogi ponownie się zejdą. I że Jamie będzie tego spotkania mocno żałował. 

Tymczasem po tragicznych wydarzeniach, miasteczko wraca do normalnego życia. Podobnie jak Jamie. Niebawem chłopiec odkrywa w sobie talent i zamiłowanie do gitary. Udaje mu się dostać do szkolnego zespołu. Z biegiem lat, bohater szlifuje swoje gitarowe zdolności, zmienia zespoły, zyskuje fanów i popada w szpony nałogu. Wiele lat później z narkotykowego obłędu i niemal nieuniknionej śmierci, Jamie’go ratuje, nie kto inny, a sam Charles Jacobs. Okazuje się że mężczyzna wykorzystuje niekonwencjonalne metody leczenia ludzi przy pomocy elektryczności. Swoje „uzdrowienia” nazywa przebudzeniami. Wkrótce Jamie odkryje jak straszliwe są konsekwencje każdego przebudzenia. 

Najnowsza powieść Króla, to w przeważającej części historia człowieka zmagającego się z własnymi, zupełnie przyziemnymi demonami. To opowieść o chłopcu, który spełnia swoje marzenia, nastolatka, który wpada w nałóg, w końcu mężczyzny, który sięgnął dna. Ale jest to też opowieść o rozpaczy i szaleństwie. O życiu człowieka i o jego śmierci. Trzy czwarte dobrej obyczajówki prowadzące do jednej trzeciej elektryzującej (dosłownie i w przenośni) historii, zakończonej pełnym napięcia finałem, zdecydowanie w stylu Kinga. 

Fabuła jest nieco przewidywalna. Ale na końcu czeka niespodzianka. King przez większość powieści przeprowadza czytelnika łagodnie, bez przynudzania, ale i bez większych emocji, powolutku, niespiesznie, aż w końcu... łup! I mamy sceny końcowe, które dopadają nas jak grom z jasnego nieba. Autor włącza swoją nieskończoną (i nie ukrywajmy, chorą)  wyobraźnię, serwuje obrazy nie z tej ziemi i wszystko perfekcyjnie finalizuje.

536 stron może niektórych odstraszać. Tomiszcze grube, przyznaję. Ale kiedy tylko otworzymy książkę, przekonamy się, że za taką objętość odpowiada głównie wielka czcionka. Wielka i wyraźna, dzięki czemu czyta się naprawdę szybko i bezproblemowo.
Jeżeli macie jakiekolwiek wątpliwości czy czytać „Przebudzenie”, pozwólcie je sobie rozwiać. To naprawdę dobra książka, która będzie smakowitym kąskiem zarówno dla fanów lekkich horrorów jak i mądrej, ciekawej powieści obyczajowej. 

Wyzwania: Czytam Kinga, Czytam Literaturę Amerykańską, Klucznik

poniedziałek, 15 grudnia 2014

"Marina" - Carlos Ruiz Zafon



"MARINA"
Carlos Ruiz Zafon
Przekład:  Okrasko Katarzyna, Marrodan Casas Carlos
Wydawnictwo: Muza s.a. 2009
ISBN 978-83-7758-238-1
Str. 304
Moja ocena 6/6 



Kiedy zgarniałam z bibliotecznej półki kolejną powieść Zafona, zastanawiałam się czym jeszcze autor może mnie oczarować. Seria "Cmentarz Zapomnianych Książek" to wysoko postawiona poprzeczka. A "Marina" to powieść skierowana do młodzieży. Czy zaspokoiła moje wymagające gusta? 

"Czasami to co najbardziej prawdziwe, dzieje się tylko w wyobraźni. Wspominamy tylko to, co nigdy się nie wydarzyło."
Oscar Drai uczy się i mieszka w internacie. Po lekcjach poszukuje urozmaicenia wśród pięknych, starych willi Barcelony. Pewnego dnia, podążając za dziwnym kotem, trafia do jednej z nich i przez przypadek zabiera ze sobą pamiątkowy zegarek. Wyrzuty sumienia nie pozwalają mu spać. Kiedy w końcu decyduje się zwrócić zabrany przedmiot, poznaje mieszkańców willi, swoją rówieśniczkę Marinę oraz jej ojca, niegdyś wspaniałego malarza. Oscar od pierwszego wejrzenia zakochuje się w dziewczynie i staje się stałym bywalcem w jej domu. Pewnego dnia nastolatkowie trafiają w dziwne miejsce, do szklarni pełnej manekinów. Z przerażeniem odkrywają, że to co ich otacza to nie sztuczne lalki, ale makabryczne twory złożone z ludzkich ciał. Na domiar złego manekiny ożywają i omal nie uśmiercają naszych bohaterów. Ta mrożąca krew w żyłach przygoda, stanie się dla przyjaciół wstępem do odkrycia mrocznego sekretu człowieka opętanego szaleństwem. Zaangażowany w tą niezwykłą historie Oscar nie wie, że swoją tajemnicę ma także Marina.

Znacie te powieści, od których, jeśli już musicie się oderwać, to czynicie to z wielkim bólem i rozpaczą? Dla mnie do takich właśnie należy "Marina". Gdybym mogła przeczytałabym na jednym wdechu. Niestety obowiązki dnia codziennego zmuszały do rozstań i powrotów. A każde rozstanie przyprawiało niemal o rozpacz. Po prostu musiałam wiedzieć, musiałam poznać rozwiązanie tej zagadki. Za to wszystko odpowiedzialna była świetnie skonstruowana fabuła, ciekawa historia połączona z tajemnicą ocierającą się o świat zupełnie nierealny, a do tego niezawodnie mroczna i piękna Barcelona.

"Na murach tańczyły cienie nieprawdopodobnych łuków. Znajdowaliśmy się w sercu magicznej Barcelony, w labiryncie duchów, gdzie w nazwach ulic pobrzmiewały echa starych legend, a za naszymi plecami czaiły się baśniowe stwory."

Czy trzeba pisać coś więcej o stylu i języku autora? Kto zna Zafona ten wie, a kto jeszcze nie zna zachęcam bo warto. Jego utwory działają na wyobraźnię. 

Jeśli miałaby się do czegoś przyczepić, to może do tego, że watek samej Mariny był przewidywalny. Jednak poradziłam sobie i z tym. Po prostu wczułam się w bohaterkę. Ja i ona miałyśmy tajemnicę, którą Oscar miał dopiero odkryć.

"Marina" to wszystko co kocham w Zafonie, niepowtarzalny klimat, nieprzeciętni bohaterowie, trzymające w napięciu sceny, a to wszystko owiane mgłą romantyzmu. Książka dla młodzieży? Ha, ja, zaliczająca się do troszkę starszej młodzieży miałam ciary na plecach. Dziesięć lat temu mogłabym mieć problemy z zaśnięciem:). Naprawdę, miejscami wieje grozą ze starych horrorów. Podsumowując, wśród książek autora, które przeczytałam, ta z pewnością zajmie jedno z najwyższych miejsc. Polecam miłośnikom mrocznych klimatów z romantyczną duszą, wielbicielom Zafona (to bezwzględnie), i wszystkim tym, którzy chcą poczuć się jak w baśni (bardziej tych w stylu braci Grimm), obojętnie do której kategorii "młodzieży" się zaliczacie:)

Wyzwania: Klucznik, Wyzwanie biblioteczne

wtorek, 29 kwietnia 2014

"Komórka" - Stephen King



„KOMÓRKA’’
(„Cell”)
Stephen King
Przekład: Zbigniew A. Królicki
Wydawnictwo Albatros
Warszawa 2007
ISBN 978-83-7359-432-6
Str. 427
Moja ocena 4/6

Ręka do góry, kto nie posiada telefonu komórkowego? Jeżeli ktoś się zgłosił, zapewne jest w mniejszości. Ma je niemal każdy, bez względu na wiek, płeć, pochodzenie. Dawniej, służyły głównie do rozmowy lub przesyłania krótkich wiadomości. Dzisiaj mogą już prawie wszystko. Stephen King, który sam podobno owego gadżetu nie posiada, rozejrzał się pewnego dnia po tym „zakomórkowanym” świecie i co zrobił? Stworzył kolejną powieść grozy, w której motywem przewodnim stały się, a jakże, komórki.

„Zjawisko nazwane później Pulsem rozpoczęło się pierwszego października o 15.03 czasu wschodnioamerykańskiego. Oczywiście nazwa ta była niewłaściwa, ale w ciągu następnych dziesięciu godzin większość uczonych mogących tego dowieść umarła albo postradała zmysły. Poza tym nazwa nie była aż tak istotna. Ważne były skutki.”

Ten dzień nie zapowiadał niczego złego. Dla Clay’a Riddell’a, wręcz przeciwnie, rozpoczął się bardzo pozytywnie. Młody rysownik podpisał intratny kontrakt na wydanie nowego komiksu. Właśnie rozmyślał o chwili kiedy przekaże tą radosną nowinę żonie i dwunastoletniemu synkowi, kiedy dookoła zaczęły się rozgrywać sceny niczym z horroru. Dotąd spokojni, uśmiechnięci, zajęci swoimi sprawami ludzie, w jednej chwili rzucili się sobie do gardeł, walczyli, rozszarpywali każdego w pobliżu. Inni zupełnie stracili poczucie rzeczywistości, kręcąc się bez celu nie wiedząc gdzie są ani kim są. Wszyscy dosłownie przed chwilą po prostu korzystali z telefonów komórkowych.

Clay wraz z poznanymi w tych przerażających okolicznościach, Tomem i Alice, rozpoczynają walkę o przeżycie. Wspólnie wyruszają w drogę, w trakcie której czeka ich wiele mrożących krew w żyłach przygód. W czasie wyprawy napotykają innych uchodźców, oraz kolejne stada rządnych krwi „komórkowych zombie”, które wydają się ewoluować i stają się coraz groźniejsze. Wkrótce bohaterowie postanawiają podjąć walkę z wrogiem, co ściąga na nich jeszcze większe zagrożenie. W międzyczasie próbują zrozumieć sytuację, ogarnąć myślami co się stało, kto jest za to odpowiedzialny i czy istnieje miejsce na ziemi, gdzie będą bezpieczni? Ponadto Clay nie może przestać myśleć o swojej rodzinie, która również mogła paść ofiarą tajemniczego Pulsu.

Kolejna apokaliptyczna wizja końca świata stworzona przez Mistrza. Czy raczej końca świata, jaki znamy. Początek przywodził mi na myśl typowe historie o zombie; żywe trupy, pałętające się po mieście i zawodzące o „móóóóózgach”. Niekoniecznie mój klimat. Ale naturalnie King nie był by Kingiem, gdyby wypuścił spod pióra taki banał, prawda? Dlatego właśnie w „Komórce” nie ma wstających z grobu zmarłych, ale ludzkie istoty z totalnie „zrestartowanym dyskiem”. I co? I do głosu dochodzą pierwotne instynkty. A że umysł człowieka jest nieodgadniony, nikt nie wie jak i w którą stronę tym razem pójdzie ewolucja.

„Darwin był zbyt uprzejmy, by powiedzieć, że rządzimy Ziemią nie dlatego, że jesteśmy najinteligentniejsi czy choćby najsilniejsi, ale dlatego, że zawsze byliśmy najbardziej szalonymi i żądnymi krwi skurwielami w naszej dżungli.”

Uwielbiam ten cytat :).

Książka bardzo dobra, na pewno przypadnie do gustu fanom Kinga. Właściwie nie zauważyłam słabych stron, choć mnie osobiście sama tematyka nie powaliła. Po prostu jest wiele innych powieści autora, które lubię bardziej. 

Wyzwania
http://basiapelc.blogspot.com/p/czytam-literature-amerykanska.html