Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Str. 401-500. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Str. 401-500. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 16 maja 2016

"Baśnie braci Grimm dla dorosłych. Bez cenzury" - Philip Pullman, Wilhelm Grimm, Jacob Grimm

"Baśnie braci Grimm dla dorosłych i młodzieży. Bez cenzury"
Grimm Tales for young and old
 Philip Pullman, Wilhelm Grimm, Jacob Grimm
Tłumaczenie Tomasz Wyżyński
Wydawnictwo Albatros
Str. 464
Moja ocena 3,5/6
Porywające. To uczta dla zardzewiałej wyobraźni dorosłych
The Telegraph
Uwielbiam baśnie, bajki, niestworzone rzeczy, fantastyczne historie...
Kiedyś do snu tuliły mnie pan Andersen głosem mojego dziadka...
Wychowałam się też na słodkich ckliwych, kolorowych bajkach Disneya... Jak ja kochałam te pioseneczki...
Miałam całe stosy ksiąg i książeczek z opowieściami braci Grimm, Charles'a Perrault i innych autorów...
Z wiekiem miłość do tych klimatów mi nie minęła. Od kiedy sama mam dzieci, mam także pretekst żeby powracać do tych magicznych historii z dzieciństwa bez żadnych skrupułów. I często z tego korzystam.
O "Baśniach braci Grimm dla dorosłych" dowiedziałam się z niezawodnego internetu. Był taki czas, kiedy ta pozycja pojawiała się na wielu blogach i portalach czytelniczych i mocno mnie zaintrygowała. Niedawno miałam okazję przekonać się na własnej skórze jak bardzo te historie różnią się od tych ugrzecznionych, przesłodkich wersji dla naszych milusińskich.  

Zadania przedstawienia zbioru słynnych braci podjął się Philip Pullman. W swej książce zebrał baśnie, zgromadzone dawno, dawno temu przez słynnych braci. Skąd je czerpali? Z różnych źródeł, takich jak opowiadania handlarki na bazarze, starodawne podania i legendy, opowiastki przekazywane z pokolenia na pokolenie, wnukom przez dziadków, dzieciom przez rodziców. Przez dziesięciolecia wiele z tych historii ewoluowało, przybierało różne formy. Większość charakteryzowała się okrucieństwem, brutalnością ale też wszystko prowadziło ostatecznie do tak zwanego "hepiendu".

Pullman postanowił przypomnieć nam, współczesnym, baśnie w kształtach najbardziej zbliżonych do tych, które wyszły spod piór Grimmów, aczkolwiek nie bez własnej ingerencji. Autor gdzieniegdzie sam przyznaje, że przystosował nieco treść do swoich upodobań. Jednocześnie Pullman każdą baśń okrasza krótkim komentarzem, w którym znajdziemy, oprócz przemyśleń autora, także informacje o genezie konkretnej baśni oraz innych jej wersjach z całego świata.

A jakie tytuły tu znajdziemy? Otóż, obok takich sław jak "Jaś i Małgosia", "Kopciuszek", "Śpiąca królewna" znajdują się między innymi "O Chłopcu co ruszył w świat by poznać strach", "Jorinda i Joringel" czy "O sześciu takich co zawojowało świat". Tych baśni jest pięćdziesiąt. Każdy znajdzie coś dla siebie. Może się okazać, że tytuł nic Wam nie powie a wczytując się w treść rozpoznacie historię. Dla mnie takim tytułem była "Futrzarka". Jak się okazało to niemal identyczna baśń jak znana mi dobrze z wersji Charles' a Perrault "Ośla skórka", którą, swoją drogą, kiedyś uwielbiałam chyba na równi z "Królową śniegu" Andersena.

A co znaczy "bez cenzury"? Wspomniałam już, że cechą charakterystyczną baśni braci Grimm były drastyczne sceny. Cóż, odkąd świat światem, strach był najsilniejszym narzędziem służącym kontroli i władaniu prostym, niewykształconym ludem. Dzieci zaś miał zmuszać do posłuszeństwa wobec starszych. Dlatego też ówczesne baśnie były doprawiane tak soczystymi opisami jak mordowanie wszystkich wokół, zjadanie dzieci przez różne straszne stwory, czy ucinanie głowy własnemu synowi ze względu na honor i obietnice. Makabra, prawda? Pullman pozostawia czytelnika z tymi budzącymi grozę wydarzeniami. W tym miejscu chciałam dopisać jeszcze, że dzisiejsze bajki dla dzieci są tego okrucieństwa pozbawione. Jednak przemyślałam sprawę, przeanalizowałam szybko kilka znanych mi współczesnych tytułów i doszłam do wniosku, że niestety tak nie jest. Co więcej. W baśniach Grimmów, wszystko miało czemuś służyć. Może w sposób okrutny, ale uzasadniony. Dzisiejsze bajki często są przeładowane przemocą i to zupełnie bezsensowną. Czy więc tytuł tego zbioru jest słuszny? Na pewno moim maluchom póki co tych wersji oszczędzę. Jednak myślę, że na nieco starszych dzieciakach takie sceny większego wrażenia nie zrobią. Nie mnie oceniać, czy to dobrze, czy źle. Takie mamy czasy ;)

Ale wracając do tematu. Baśnie braci Grimm miały na celu także podkreślanie wszelkich cnót człowieka jak honor, sprawiedliwość, dobroć, miłość, poświęcenie, oraz obnażać przywary nienawiść, zazdrość, chciwość i tak dalej. Krótko mówiąc, za dobre uczynki bohaterowie dostawali co chcieli i żyli długo i szczęśliwie a za złe kończyli marnie.

Miło było powrócić do niektórych opowieści. Były też takie, które mnie znudziły (bo koniec końców ile można czytać o tych odrąbanych ludzkich członkach itepe). Moim zdaniem autor mógł coś więcej dorzucić od siebie. Więcej ciekawostek. W gruncie rzeczy to po prostu zbiór baśni, które, jeśli lubicie, pewnie przeczytacie, jeśli nie, to nie, ale z pewnością niczego więcej nie można oczekiwać jak tylko dobrych, starych historii jakie towarzyszyły zapewne większości z nas od najmłodszych lat. A czy były one podawane w wersjach cukierkowych, czy też tych przyprawiających o szybsze bicie serca i mały wytrzeszcz oczu, to już sprawa indywidualna. Każdy z nas też wie czego oczekuje po baśniach. Jeśli więc chcecie poczytać np. o "Czerwonym Kapturku" bez owijania w bawełnę i tylko grożenia złemu wilkowi palcem, a raczej z solidnym ukaraniem zjadacza babć i dzieci, to polecam zbiór Pullmana.


Wpadnij do mnie też tu --> facebook
śledź fotki tu --> instagram

środa, 4 maja 2016

"Czarne skrzydła" - Sue Monk Kidd

"CZARNE SKRZYDŁA"
"The invention of wings"
Sue Monk Kidd
Przekład: Marta Kisiel-Małecka
Wydawnictwo Literackie
Str. 486
Moja ocena 4,5/6


lubimyczytac.pl:
Nowa książka autorki światowego hitu Sekretne życie pszczół. Numer 1 na liście bestsellerów New York Timesa, wyselekcjonowany do ekskluzywnego klubu książkowego Oprahy Winfrey!
Sarah Grimké jest środkową córką sędziego sądu najwyższego Karoliny Południowej, plantatora zaliczanego do elity Charlestone. Matka nazywa ją odmienną, ojciec twierdzi, że jest wyjątkowa. Na swoje 11 urodziny dostaje niecodzienny prezent – wyciągniętą z czworaków i obwiązaną lawendowymi wstążkami czarnoskórą Hetty, zwaną Szelmą. Sarah nie chce „takiego prezentu”, czuje, że drugiego człowieka nie można posiadać… To dopiero początek jej problemów.
Inspirowana prawdziwymi wydarzeniami, wspaniała powieść, która prowadzi nas w głąb do korzeni stanów południowych Ameryki, ukazując świat szokujących kontrastów, gdzie piękno współistnieje z brzydotą, a prawość towarzyszy na co dzień okrucieństwu. To nowe spojrzenie na problem niewolnictwa, niezwykła pochwała siły przyjaźni i siostrzanej miłości, wbrew wszelkim przeciwnościom losu, świadectwo walki o wolność i prawo do głosu.  

Moja opinia

Była uwięziona, tak samo jak ja. Tyle, że ona tkwiła w pułapce własnego umysłu, pułapce umysłów otaczających ją ludzi, a nie prawa. Pan Vesey mawiał podczas zgromadzeń w kościele afrykańskim: "Bądźcie ostrożni, byście nie zostali zniewoleni po dwakroć. Raz przez wasze ciała i raz przez wasze umysły". Próbowałam jej to powiedzieć: - Może i ciałem jestem niewolnicą, ale nie umysłem. Z Tobą jest na odwrót. - Zamrugała, a do jej oczu napłynęły nowe łzy, lśniące jak kryształy z żyrandola.

W "Czarnych skrzydłach " autorka przedstawia świat trzymany twardą ręką przez białych mężczyzn. Wiadomo, czarnoskóry niewolnik traktowany był okrutnie, bezwzględnie. Bardziej dbano o zwierzęta gospodarskie niż o niewolnika. Ciężko uwierzyć, że człowiek człowiekowi zgotował taki los. Ale autorka poszła jeszcze dalej. Bo przedstawiła też sytuację białych kobiet, których rola sprowadzała się jedynie do posłusznej żony, która nie ma własnego zdania ani właściwie żadnych praw. Nie bierze udziału w wyborach,  nie może dziedziczyć nawet własnej ojcowizny, ba, nawet wyższe wykształcenie kobiecie jest zbędne, wręcz niepożądane.

Byli niewolnicy, którzy próbowali się buntować. Były kobiety, które postanowiły walczyć o swoje prawa. Jednym i drugim zależało na wolności.  Wolności ciała i umysłu.  O tym właśnie jest powieść Sue Monk Kidd.

Rzeczywistość tamtych czasów była brutalna i bezwzględna.  Na szczęście wśród tysięcy, znalazły się głosy,  które postanowiły przemówić w obronie godności ludzkiej. To one, nieliczne a jednak głośne, dały siłę kolejnym pokoleniom do egzekwowania swoich praw. Nie wiem czy wiecie, że autorka oparła swoją powieść na historii autentycznej postaci. Tak, moi drodzy, Sarah Grimke istniała naprawdę i była jedną z pierwszych orędowniczek walk o prawa czarnych i kobiet w Ameryce. Niewolnica Szelma została stworzona przez Sue Monk Kidd na potrzeby powieści.  Uważam jednak, że jej życiorys doskonale odwzorowywał wiele podobnych.

Jeżeli macie życzenie dowiedzieć się więcej o Sarze i jej działalności,  odsyłam Was między innymi tu. Chociaż sama autorka w posłowiu również przedstawia nam tę postać tłumacząc, co było faktem a co zostało przez nią wymyślone.

Tymczasem powróćmy do moich osobistych refleksji.
Postaci w tej powieści mamy całkiem sporo. Oczywiście wszyscy krążą gdzieś w otoczeniu głównych bohaterek, Szelmy i Sary. Chyba każdy czytelnik będzie miał okazję znaleźć kogoś,  kto go zadziwi, usatysfakcjonuje, lub też kogoś budzącego skrajnie odmienne emocje. Ja do pierwszej kategorii śmiało zaliczam Szelmę.  A chyba nawet jeszcze bardziej jej matkę. Kobiety, które miały nieszczęście urodzić się w takich trudnych czasach. Które los ciągle poddawał  ciężkim próbom. A które na swój sposób usiłowały radzić sobie z tą codziennością, z niepewnym jutrem i odkrywać jakieś ułamki szczęścia w maleńkich rzeczach. Bardzo polubiłam też niepokorną  Ninę,  najmłodszą latorośl rodziny Grimke. Odważna buntowniczka, która wyzwoliła również w Sarze iskrę do działania w obronie własnych przekonań.
Była odważniejsza ode mnie, zawsze. Ja za bardzo przejmowałam się tym, co pomyślą inni, ona ani trochę. Byłam ostrożna, ona obcesowa. Myślałam, gdy ona działała. Ja rozpalałam płomienie, ona je przekazywała dalej. Właśnie wtedy pojęłam jaką przebiegłością wykazały się Parki. Nina była jednym skrzydłem, ja zaś drugim.
Postaci budzących moją niechęć było całe mnóstwo.  Od czarnoskórej służącej pani Grimke, która chętnie donosiła na "swoich", poprzez samą panią Grimke i jej najstarszą córkę. Chociaż czy można się dziwić ich postępowaniu, skoro tak, nie inaczej zostały wychowane? Prym wśród najgorszych bohaterów wiedli panowie. Sędzia Grimke który kochał córkę, ale nie na tyle aby ją wspomóc w realizacji marzeń.  Nie mógł sobie pozwolić na łamanie schematów dla dobra własnego dziecka. Dalej ukochany brat Sary, który nie dość że nie wspierał siostry, to nie miał nawet odwagi walczyć o własne szczęście. Był też Israel Morris, jedna z najbardziej irytujących postaci według mnie. Dlaczego? Chyba za całokształt. Facet najpierw oczarowuje główną bohaterkę,  mami ją doniosłymi ideami, daje nawet nadzieję na uczucie. A później wszystko to bierze w łeb,  bo przecież nie może łamać zasad wspólnoty. Tragedia. Może powinnam zrozumieć ludzi, którzy całe swoje życie poświęcają swojej wierze. Może. Ale nie rozumiem i chyba nigdy nie zrozumiem dlaczego ludzie tak chętnie siebie i innych unieszczęśliwiają. W imię czego, tak naprawdę? W imię Boga, czy raczej, tego "co ludzie powiedzą". Tak, zdecydowanie mężczyźni kiepsko wypadają w powieści Kidd. Zapewne to celowy zabieg. W końcu tematyka powieści ociera się także o emancypację.

(...) dopóki jednak tkwimy pod jarzmem mężczyzn, dopóty nie zdołamy zdziałać wiele na rzecz abolicji. Róbcie to, co uważacie za konieczne, cenzurujcie nas, wycofajcie swoje poparcie, my i tak nie ustaniemy. A teraz, panowie, bądźcie tak łaskawi i zdejmijcie stopy z naszych karków.
 
Byli więc bohaterowie, którzy mnie zainteresowali, byli też tacy, którzy wkurzali. A gdzie mam umiejscowić Sarę Grimke?  Nie skradła mojego serca. Myślałam, że będzie silniejsza, ciekawsza,  że twardo stanie w obronie swoich przekonań. Niestety zabrakło jej odwagi. Na szczęście los dał jej Ninę. Aczkolwiek w pewnym sensie ciekawe było to dojrzewanie Sary. Uczyła się na błędach. Fakt, zajęło jej to trochę czasu, jednak w końcu zaczęła podążać własną drogą. A nie było to łatwe i stawiało bohaterkę w obliczu wielu zagrożeń.

"Czarne skrzydła" to ciekawa  powieść. Bez większych wzlotów,  czy porywów akcji, ale na pewno mądra i z przekazem. Dzięki przystępnemu stylowi autorki nie trzeba specjalnie wytężać tu umysłu. Ale ma wiele zalet wciągającej i satysfakcjonującej lektury. Osobiście chętnie przeczytam inne powieści Sue Monk Kidd. Was zachęcam do "Czarnych skrzydeł". A może już czytaliście? Ciekawam zatem Waszych opinii. :) A może podpowiecie,  po którą książkę autorki powinnam sięgnąć teraz?

Wpadnij do mnie też tu --> facebook
śledź fotki tu --> instagram

wtorek, 10 marca 2015

"Apokalipsa Z. Początek końca" - Manel Loureiro

"Apokalipsa Z. Początek końca"
"Apocalipsis Z: El principio del fin
Manel Loureiro
Przekład Joanna Ostrowska, Grzegorz Ostrowski
Wydawnictwo Muza
2013
Str. 416
Moja ocena 4/6

Wiecie jakie jest moje zdanie o zombie? Żywe trupy, łażące bez ładu i składu, z wyciągniętymi łapskami (o ile je jeszcze mają), polujące na świeżutkie mózgi albo nie wiadomo co tam jeszcze. Istoty, o których wszystko już chyba napisano i nakręcono (a nawet zaśpiewano i zatańczono). Właśnie dlatego za historiami o zombie nie przepadam. Pozwolę sobie użyć takiego niezbyt ładnego kolokwializmu i powiem, że wszystkie są na jedno kopyto.

Co więc mną kierowało, kiedy sięgałam po książkę właśnie o „zombiakach”? Autor hiszpańskiego pochodzenia (od jakiegoś czasu wszystko co hiszpańskie mnie kręci:) ). To, że rzecz NIE dzieje się w Ameryce (jak większość). No i pewnie jakaś cząstka mnie, niewytłumaczalnie ciekawa strasznych bajek o dziwnych, paskudnych, niebezpiecznych stworach czyhających na ludzkie życie. Nawet jeśli to tylko (?) zombie. Ponadto koncepcja tajemniczej „choroby” opanowującej świat i poszukiwanie bezpiecznego azylu nieco trąca mi „Bastionem” Stephena Kinga, który uwielbiam.

Głównym bohaterem i jednocześnie narratorem powieści, jest… mężczyzna. Co o nim wiemy? Że jest prawnikiem i mieszka na przedmieściach Pontevedry z kotem Lukullusem. Mężczyzna ów zapisuje w swym blogu spostrzeżenia, przeżycia, wszystko co dotyczy otaczającego świata. Jest to dla niego forma terapii po stracie żony. I to właśnie blog, a później, dziennik (brak prądu, internetu) głównego bohatera jest przekaźnikiem dziejących się wydarzeń.

Wszystko zaczęło się od krótkich informacji w wiadomościach, dotyczących dziwnych incydentów, gdzieś daleko na terenie Rosji. Ale nasz bohater od razu zwrócił na nie uwagę. Przeczuwał, że dzieje się coś złego. Dlatego bacznie śledził kolejne donosy na ten temat. A te były coraz liczniejsze i coraz bardziej niepokojące. Wkrótce Hiszpania, podobnie jak inne państwa podjęła kroki mające ustrzec obywateli przed nieznaną chorobą zamieniającą ludzi w bezmyślne, agresywne istoty. Tworzono bezpieczne strefy, do których zwożono ocalałych. Ale na jakikolwiek ratunek było już za późno. Świat opanowali Nieumarli.

Nasz bohater pozostał w swoim domu z wiernym kocim towarzyszem. Ze zgrozą obserwował i zapisywał kolejne wydarzenia, których był świadkiem. W końcu doszedł do wniosku, że nie może wiecznie ukrywać się w domu otoczonym przez hordy zombie. Musiał uciekać. Musiał przetrwać. Ale bezpiecznych stref już nie było. O żywych ludzi nie było łatwo, a kiedy już się pojawili, nie mieli dobrych zamiarów. W czasie długiej, wycieńczającej podróży, bohater każdego dnia walczył o przeżycie. Wielokrotnie dopadało go zwątpienie, ale nie mógł się poddać. Przecież musiał zadbać nie tylko o siebie, miał jeszcze Lukullusa:)

Muszę przyznać, że chociaż o zombie, to jednak zaciekawiła mnie ta historia. Fabuła nie jest może specjalnie oryginalna. W skrócie chodzi o to, żeby unikać wszechobecnych Nieumarłych i przeżyć w świecie opanowanym przez te potwory. Bohaterowi wychodzi to całkiem gładko, aczkolwiek nie brakowało momentów, kiedy zastanawiałam się, jak autor rozwiąże sytuację. Najczęściej wychodziło ciekawie i logicznie. Pikanterii dodawały nagłe zwroty akcji i niespodziewane sytuacje. 

Zastosowanie dziennika jako formy narracji było ciekawym zabiegiem, chociaż brak dialogów i czasem za długie przemyślenia bohatera, powodowały ciche ziewnięcia i przymykanie oka. Niestety autor nie ustrzegł się przewidywalności. Ale składam to na karb historii o zombie. Jak już mówiłam, wszystko w tej kwestii zostało powiedziane i naprawdę nie wiem, co mogłoby mnie zaskoczyć?
Czynnikiem, który przyczynia się do dość szybkiego uporania się z lekturą jest z niewymagający ale bynajmniej, nie banalny język, jakim posługuje się autor. 

„Apokalipsę Z. Początek końca” można podsumować krótko, to dobra książka. Jeżeli lubicie historie o zombie, powinna być to dla Was pozycja obowiązkowa. Jeżeli, podobnie jak ja niekoniecznie przepadacie za takim tematem, nie zniechęcajcie się, a nuż wam się spodoba. Powieść jest warta uwagi. Wciąga i intryguje. Sama chętnie sięgnę po kolejne tomy. Jestem bardzo ciekawa tego z czym jeszcze będą musieli zmierzyć się bohaterowie i czy jest jeszcze ratunek dla gatunku ludzkiego?


Książka bierze udział w wyzwaniach:
Historia z trupem
Czytam opasłe tomiska (str. 416)


sobota, 7 marca 2015

"Imperium wilków" - Jean-Christophe Grange


IMPERIUM WILKÓW
„L’empire des Loups"
Jean-Christophe Grange
Przekład Sławomir Kowalski
Albatros
Warszawa 2005
ISBN 83-7359-178-8
Str. 464
Moja ocena 4,5/6

O francuskim pisarzu Grange’u słyszałam już jakiś czas temu, ale dopiero niedawno zdecydowałam się poznać jego twórczość. Mój wybór padł na „Imperium wilków”. Zarys fabuły wydał mi się wielce obiecujący. A co się okazało?

 W tej powieści nic nie jest tym na co z początku wygląda.
Anna Heymes żyje w przekonaniu, że jest żoną wysoko postawionego funkcjonariusza policji, a jej życie jest zwyczajne i poukładane. Ale coś jest nie tak. Annę dręczą dziwne halucynacje oraz zaniki pamięci. W jednej chwili nie rozpoznaje własnego męża, w innej obca osoba wydaje się jej kimś znajomym. Być może to początki groźnej choroby? Ale Anna przeczuwa, że za jej stanem kryje się coś więcej. Kiedy odkrywa, że przeszła operację plastyczną, której nie pamięta, wie już, że żyje nie swoim życiem. Anna ucieka, musi odzyskać swoją tożsamość i nie dać się złapać ludziom o bardzo złych intencjach.

Tymczasem w tureckiej dzielnicy dochodzi do trzech brutalnych zabójstw. Ofiary to młode, rudowłose kobiety, nielegalne imigrantki. Wszystkie były przed śmiercią torturowane, ich twarze zostały zmasakrowane. Na pierwszy rzut oka, robota seryjnego mordercy. Sprawę prowadzi młody policjant Paul Nerteaux, który postanawia zaangażować do pomocy emerytowanego funkcjonariusza Jeana-Paula Schiffera, słynącego z brutalności, podejrzanych interesów, ale też niesłychanej skuteczności. Schiffer zna świat tureckich imigrantów, lepiej niż ktokolwiek inny. Wie do kogo się udać i jakie pytania zadawać. Wkrótce policjanci trafią na ślad niebezpiecznej organizacji Szarych Wilków, bezwzględnych i okrutnych morderców.

„Imperium wilków” to thriller dla czytelników o mocnych nerwach, którym nie straszne są brutalne opisy i sceny rodem z amerykańskich filmów dla twardych facetów. Czyli jakie? Wyolbrzymione, trochę naciągane, ale w gruncie rzeczy taka to powieść:).

Fabuła w przeważającej części opiera się na poszukiwaniu odpowiedzi, tak przez Annę vel Selmę, jak i przez parę Nerteaux i Schiffer. Bohaterowie krok po kroku odkrywają nowe fakty, zadają pytania, nie zawsze w uprzejmy sposób i oczywiście robią wszystko aby ujść z życiem, co nie jest łatwe. Myśliwi nie śpią i są bardzo zdeterminowani, aby prawda nie wyszła na jaw.

Akcja przebiega dwutorowo. Przez trzy czwarte powieści Anna rozwiązuje swoją zagadką, a policjanci zajmują się własnym śledztwem. Aż w końcu dochodzi do momentu łącznikowego, co nie zaskakuje, bo właściwie od początku było wiadomo, że te dwie historie będą miały punkt wspólny. Jaki? To już doczytacie sami.
Bohaterowie są dość typowi dla tego rodzaju historii. Twardzi, nieugięci, pozbawieni lęku przed najgroźniejszym zbirem. I to zarówno kobiety jak i mężczyźni. Najbardziej wyróżniają się Anna i Schiffer. Postać Paula Nerteaux była według mnie trochę blada i bezpłciowa. Taki praworządny funkcjonariusz, który koniecznie musi złapać niegrzecznych przestępców, ale broń Boże, nie robiąc im przy tym krzywdy. Nuda.

Mimo tych wszystkich superbohaterskich postaw, autor nie stworzył niepokonanego Rambo, czy innego Schwarzeneggera. Przeciwnie, nawet główni bohaterowie nie unikną mniejszych lub większych wypadków. Z mojego punktu widzenia to atut, bo jakkolwiek nie naciągać by scen to jedna osoba przeciwko całej mafii może i ma jakieś szanse przetrwania w realu, ale sami przyznajcie, raczej niewielkie:).

Zakończenie powieści? Wszystko fajnie, pięknie, tylko po co jeszcze ten beznadziejny, do bólu naciągnięty epilog? Grange chyba się trochę zagalopował, poniosła go fantazja, no nie wiem, w każdym razie przekombinowane i  zupełnie zbędne.

Podsumowując, „Imperium wilków” to dobry, trzymający w napięciu thriller. Jest kilka przewidywalnych fragmentów, ale przeważają elementy zaskoczenia, tak więc czyta się bardzo dobrze a akcja naprawdę wciąga. Dla mnie, zajmująca lektura i na pewno sięgnę po kolejne książki autora.

poniedziałek, 2 lutego 2015

"Carnivia. Herezja." - Jonathan Holt





"CARNIVIA. HEREZJA"
"The Abduction"
Jonathan Holt
Seria Carnivia
Przekład Piotr W. Cholewa
Wydawnictwo Akurat
2014
ISBN 978-83-7758-824-6
Str. 432
Moja ocena 3,5/6

Toż to już rok minął odkąd pierwszy raz wkroczyłam do świata Carnivii. W końcu doczekałam się kolejnego tomu. Ponownie przeniosłam się do Wenecji razem z Kat Tapo, Holly Bolland, Daniele Barbo I Aldo Piolą. Z jaką zagadką przyszło się tym razem zmierzyć bohaterom, jakie niebezpieczeństwa na nich czyhały, czy udało im się wyjść z nich bez szwanku? I przede wszystkim czy Carnivia odkryje przede mną więcej tajemnic?

Odpowiedzi znajdziecie w drugim tomie trzymającej w napięciu serii, gdzie główną rolę gra Wenecja. Ta prawdziwa i ta wirtualna.

Powstaniu nowej bazy armii amerykańskiej we Włoszech towarzyszą protesty miejscowej ludności. Na terenie strzeżonej strefy znaleziono tajemniczy szkielet. Nie wiadomo kto i w jaki sposób go tam podrzucił. Nie są to szczątki przypadkowego człowieka. Pułkownik karabinierów Aldo Piola będzie miał nie lada orzech do zgryzienia. Jaki związek mają ze sobą te sprawy?

Tymczasem uprowadzona zostaje nastoletnia córka jednego z amerykańskich żołnierzy, Mia. Kto porwał dziewczynę I jakie kierowały nim motywy? Sprawcy ukrywają wskazówki na portalu Carnivia.com. Do opinii publicznej trafia też drastyczne nagranie torturowanej dziewczyny. Zadanie odnalezienia i uratowania porwanej przypada Kat Tapo i Holly Bolland. Kobiety ponownie nawiązują współpracę z ekscentrycznym twórcą portalu Daniele Barbo. 

Wiele dzieje się też w życiu prywatnym bohaterów. Przeszłość zadecydowała o tym, że ich drogi się rozeszły. Kat i Aldo, kiedyś kochankowie, rozstali się w nieprzyjemnych okolicznościach. Ochłodzeniu uległa też znajomość pani kapitan z amerykanką Holly Bolland. A Daniele? Cóż, on jak zwykle stara się pozostawać w cieniu i unikać bliższych kontaktów. Jednak kolejne wdarzenia sprawiają, że czworo bohaterów musi odłożyć na bok niesnaski i połączyć siły. Liczy się każda minuta a życie nastolatki wisi na włosku.

Jonathan Holt po raz drugi zabiera nas w pełną pułapek i niebezpieczeństw przygodę, w której nie zabraknie scen brutalnych i najprawdziwszych faktów ze świata. Tym razem, podobnie jak w pierwszym tomie akcja rozgrywa się na kilku płaszczyznach. W końcu jednak wszystkie drogi prowadzą do jednego, wstrząsającego rozwiązania. 

Dobrze skonstruowana fabuła, intrygujący bohaterowie, ciekawe wątki, kuszący świat wirtualnego świata. To wszystko było w tomie pierwszym, “Carnivia. Bluźnierstwo”. A co mamy tym razem? Według mnie to samo ale w zdecydowanie mniejszej dawce. Cała historia jest ciekawa. Postaci znane nam już z pierwszej części nie zawodzą i tym razem. Spośród nowych bohaterów na uwagę zasługuje Mia, porwana dziewczyna. Jako córka żołnierza zna dyscyplinę i surowe zasady wojskowego życia. Na początku przeraża ją sytuacja w jakiej się znajduje, jednak szybko postanawia, że nie da się złamać.

Niestety dobre wrażenie mocno osłabiają nudne, przeciągane wątki, których aż roi się w tym tomie. Brakowało mi emocji z "Bluźnierstwa". Trochę jestem też zawiedziona, że autor tak minimalizuje wątek samej Carnivii. Nie pozwala czytelnikowi wejść w ten świat głębiej. Fakt, w tym tomie portal stanowi ważny element, ale ciągle mi mało Carnivii!!! Mam nadzieję, że seria nie odnotuje tendencji spadkowej i że część trzecia nie okaże się jeszcze słabsza.

Jeżeli czytaliście "Carnivia. Bluźnierstwo", możecie przeczytać również "Herezję". Jeśli jednak zastanawiacie się czy zacząć od drugiego tomu, to ja ze swojej strony raczej odradzam. Po pierwsze, jak już wspomniałam, "Bluźnierstwo" jest lepsza (ale to moje własne zdanie), a po drugie lepiej dobrze poznać prywatne sprawy bohaterów od początku, żeby już nie zawracać sobie głowy kto i z kim jest, albo nie jest i dlaczego?



Poprzedni tom:
"Carnivia. Bluźnierstwo"

Książka bierze udział w wyzwaniach:
Klucznik (wydana w roku 2014)
Czytam opasłe tomiska
Historia z trupem