"GNIEW" Zygmunt Miłoszewski [Seria z Teodorem Szackim] Wydawnictwo W.A.B. 2014 ISBN 978-83-280-0935-6 Str. 380 Moja ocena 6/6
Z pośród premier ostatnich miesięcy,
jedną z najbardziej wyczekiwanych przeze mnie był właśnie " Gniew"
Zygmunta Miłoszewskiego. Mocno uzależniłam się od kryminalnych perypetii
prokuratora Teodora Szackiego. "Gniew" to już ostatnie spotkanie z
tym nietuzinkowym bohaterem, dlatego radość z dobrej lektury miesza się z
poczuciem żalu, że oto nastąpił koniec. Mówią, że wszystko co dobre szybko się
kończy. Trylogia Miłoszewskiego zaiste jest dobra, nawet bardzo dobra. Nie
zawaham się wręcz posłużyć terminem - genialna. No dobrze, ale zaczynam
roztkliwiać się już nad pożegnaniem a wypadałoby zacząć od początku.
Była już Warszawa, był także
Sandomierz, a teraz przyszedł czas na Olsztyn. Tym razem to właśnie w tym
niedużym, warmińskim mieście, prokurator Szacki zmierzy się z kolejną zagadką
do rozwiązania. Początkowo sprawa wydaje się być szybka i łatwa. W starym
bunkrze zostaje znaleziony szkielet, prawdopodobnie pochodzący z czasów wojny. Ale
badania wykazują coś zupełnie zaskakującego. Kości należą do mężczyzny, który
żył jeszcze zaledwie kilka dni temu. Głębsze analizy wykazują, że szkielet
skrywa dodatkowe niespodzianki. Szackiego czeka nie lada wyzwanie. Znalezienie
sprawcy będzie niezmiernie trudne. Z każdym nowym tropem śledztwo komplikuje
się coraz bardziej akiedy dojdą do tego
względy osobiste napięcie sięgnie zenitu.
Zawikłana kryminalna zagadka
przeplata się z problematyką przemocy domowej, tak fizycznej jak i psychicznej.
Autor jak zwykle sumiennie przygotował się do tematu. W "Gniewie" nie
ma miejsca na banały czy infantylne historyjki. To rasowy, trzymający w
napięciu kryminał, od którego ciężko się oderwać. Do tego bohaterowie, którzy zapadają w pamięć. 380 stron, dla jednych to dużo, dla innych, tak średnio. Ale 380 stron drobnym druczkiem może zmęczyć. Jednakże nie w tym przypadku. Tej książki się nie czyta, ją się pochłania. W recenzjach "Uwikłania" i " Ziarna prawdy" rozpływałam się już w "ochach" i "achach" nad stylem Miłoszewskiego, więc tu tylko potwierdzę, że styl ów jest nie do pobicia.
Coś się kończy aby coś mogło się
zacząć. „Gniew” to zaiste godne zakończenie doskonałej serii. Oczekuję zatem na
kolejne porywające powieści pana Miłoszewskiego. Chętnie poznam
nietuzinkowych, mam nadzieję, bohaterów i podelektuję się wyrafinowaną prozą. Chociaż... zakończenie "Gniewu" pozostawia autorowi otwartą furtkę dla dalszych przygód Szackiego, więc może jednak kiedyś...?
Wszystkim natomiast polecam
"Uwikłanie", "Ziarno prawdy" i "Gniew". Niekoniecznie
w podanej kolejności, ponieważ każda część to zupełnie inna historia, inna
zagadka, inni bohaterowie. Podpowiem jednak, że ze względu na wątek obyczajowy,
dotyczący prywatnego życia Teodora Szackiego, prawidłowa kolejność ułatwia
lepsze poznanie bohatera. [Książka wygrana w konkursie na lubimyczytac.pl ]
Przekład: Okrasko Katarzyna, Marrodan Casas Carlos
Wydawnictwo: Muza s.a. 2009 ISBN 978-83-7758-238-1 Str. 304 Moja ocena 6/6
Kiedy zgarniałam z bibliotecznej
półki kolejną powieść Zafona, zastanawiałam się czym jeszcze autor może mnie
oczarować. Seria "Cmentarz Zapomnianych Książek" to wysoko postawiona
poprzeczka. A "Marina" to powieść skierowana do młodzieży. Czy
zaspokoiła moje wymagające gusta?
"Czasami to co najbardziej
prawdziwe, dzieje się tylko w wyobraźni. Wspominamy tylko to, co nigdy się nie
wydarzyło."
Oscar Drai uczy się i mieszka w
internacie. Po lekcjach poszukuje urozmaicenia wśród pięknych, starych willi
Barcelony. Pewnego dnia, podążając za dziwnym kotem, trafia do jednej z nich i
przez przypadek zabiera ze sobą pamiątkowy zegarek. Wyrzuty sumienia nie
pozwalają mu spać. Kiedy w końcu decyduje się zwrócić zabrany przedmiot,
poznaje mieszkańców willi, swoją rówieśniczkę Marinę oraz jej ojca, niegdyś
wspaniałego malarza. Oscar od pierwszego wejrzenia zakochuje się w dziewczynie
i staje się stałym bywalcem w jej domu. Pewnego dnia nastolatkowie trafiają w
dziwne miejsce, do szklarni pełnej manekinów. Z przerażeniem odkrywają, że to
co ich otacza to nie sztuczne lalki, ale makabryczne twory złożone z ludzkich
ciał. Na domiar złego manekiny ożywają i omal nie uśmiercają naszych bohaterów.
Ta mrożąca krew w żyłach przygoda, stanie się dla przyjaciół wstępem do odkrycia mrocznego sekretu człowieka
opętanego szaleństwem. Zaangażowany w tą niezwykłą historie Oscar nie wie, że
swoją tajemnicę ma także Marina.
Znacie te powieści, od których, jeśli
już musicie się oderwać, to czynicie to z wielkim bólem i rozpaczą? Dla mnie do
takich właśnie należy "Marina". Gdybym mogła przeczytałabym na jednym
wdechu. Niestety obowiązki dnia codziennego zmuszały do rozstań i powrotów. A
każde rozstanie przyprawiało niemal o rozpacz. Po prostu musiałam wiedzieć,
musiałam poznać rozwiązanie tej zagadki. Za to wszystko odpowiedzialna była
świetnie skonstruowana fabuła, ciekawa historia połączona z tajemnicą
ocierającą się o świat zupełnie nierealny, a do tego niezawodnie mroczna i
piękna Barcelona.
"Na murach tańczyły cienie
nieprawdopodobnych łuków. Znajdowaliśmy się w sercu magicznej Barcelony, w
labiryncie duchów, gdzie w nazwach ulic pobrzmiewały echa starych legend, a za
naszymi plecami czaiły się baśniowe stwory."
Czy trzeba pisać coś więcej o stylu i
języku autora? Kto zna Zafona ten wie, a kto jeszcze nie zna zachęcam bo warto.
Jego utwory działają na wyobraźnię.
Jeśli miałaby się do czegoś
przyczepić, to może do tego, że watek samej Mariny był przewidywalny. Jednak
poradziłam sobie i z tym. Po prostu wczułam się w bohaterkę. Ja i ona miałyśmy
tajemnicę, którą Oscar miał dopiero odkryć.
"Marina" to wszystko co
kocham w Zafonie, niepowtarzalny klimat, nieprzeciętni bohaterowie, trzymające
w napięciu sceny, a to wszystko owiane mgłą romantyzmu. Książka dla młodzieży?
Ha, ja, zaliczająca się do troszkę starszej młodzieży miałam ciary na plecach. Dziesięć
lat temu mogłabym mieć problemy z zaśnięciem:). Naprawdę, miejscami wieje grozą ze starych horrorów. Podsumowując, wśród książek
autora, które przeczytałam, ta z pewnością zajmie jedno z najwyższych miejsc.
Polecam miłośnikom mrocznych klimatów z romantyczną duszą, wielbicielom Zafona
(to bezwzględnie), i wszystkim tym, którzy chcą poczuć się jak w baśni (bardziej tych w stylu braci Grimm),
obojętnie do której kategorii "młodzieży" się
zaliczacie:)
"KORONA ŚNIEGU I KRWI" Elżbieta Cherezińska Wydawnictwo Zysk i S-ka ISBN 9788377855317 Seria: Odrodzone Królestwo cz. 1 Str. 736 Moja ocena: 6/6
Dziś na tapecie
powieść Elżbiety Cherezińskiej, porównywana przez niektórych do "Gry o
tron" George'a R. R. Martina. Ponieważ jestem ogromną fanką sagi
amerykańskiego autora, postanowiłam przyjrzeć się, jak to wygląda w rodzimym
wydaniu. Rzecz wydawała mi się o tyle ciekawsza, że oparta na autentycznych
wydarzeniach historycznych. "Korona śniegu i krwi" była pierwszą
powieścią Cherezińskiej jaką przeczytałam, punktem zapalnym mojej ogromnej
sympatii do twórczości autorki. Chyba nigdy dotąd nie spotkałam się z
powieściami, które nie tylko dały mi ogromną satysfakcję, ale także skłoniły do
zgłębiania historii naszego kraju. Niezwykle barwnej historii.
"Korona
śniegu i krwi" opowiada dzieje księcia Starszej Polski Przemysła i jego
pełną pułapek i intryg drogę do zjednoczenia państwa i zdobycia królewskiej
korony. Naturalnie, planom księcia nie byli przychylni władcy sąsiednich państw,
którym nie na rękę jest tworzenie silnego, zjednoczonego królestwa. Ponadto
pretendentów do polskiej korony jest więcej. I w ten sposób gra się
rozpoczyna. Wszystkie chwyty dozwolone, czytelnik staje się więc świadkiem
krwawych zbrodni, nagłych, tajemniczych zgonów, porwań dla okupu, politycznych
mariaży, wieloletnich, wyczerpujących wojen. Ekscytujące doświadczenie. A przy
tym przedstawione niezwykle realistycznie. Aż chce się powiedzieć; „przecież
tak właśnie mogło być”. Były to czasy niebezpieczne, ale i niezwykle ciekawe.
Czasy, kiedy chrześcijaństwo dopiero wkraczało na polskie ziemie, a dookoła
wciąż jeszcze szerzył się poganizm. Ludzie wierzyli w magię, dlatego też delikatnie
osnuta wokół wydarzeń mgiełka świata fantastycznego, tylko dodaje smaczku całej
powieści. Nie traci ona nic z autentyczności.
Co mogę napisać
o bohaterach? Po pierwsze, muszę przypomnieć, że większość z nich to postacie
historyczne, wielu znanych nam z podręczników do historii inni może trochę
pomijani, oraz ci fikcyjni, których autorka stworzyła na potrzeby fabuły. Po
drugie, wszyscy zostali obdarzeni przez autorkę indywidualnymi cechami, każdy
ma swoje walory ale i każdy zmaga się z własnymi słabościami. Od pierwszej do
ostatniej strony mamy wiele okazji dobrze poznać każdego bohatera. Ci
najważniejsi mają swoje rozdziały. Daje to możliwość przyjrzenia się
wydarzeniom z różnych perspektyw. Gama bohaterów jest szeroka i zróżnicowana.
Są to zarówno dzielni wojowie, wielcy (i nieco mniejsi) książęta, królowie,
nie do końca bezbronne damy, przedstawiciele duchowieństwa a także ludzie
Starej Krwi, którzy stanowią największą zagadkę tej powieści i dodają jej
magii.
Z całych sił
próbuję być obiektywna i szukam w "Koronie..." słabych stron, ale nic
nie przychodzi mi do głowy. Zarówno styl autorki jak i treść powieści idealnie
mi pasują. Nie mam nic do zarzucenia pustaciom. Przeciwnie, odpowiadają moim
wyobrażeniom o tych, których do tej pory miałam okazję poznać jedynie na
obrazach lub w podręczniku do historii. Ciężko się do czegokolwiek przyczepić.
Powieść napisana jest z pasją i ta pasja udziela się czytelnikowi. Sama dałam
się porwać aurze tamtych czasów i po skończonej lekturze wertowałam strony
poświęcone królowi Przemysłowi II, oraz jego dziejom, postaci ciekawej,
intrygującej a niestety mniej znanej z historii.
A czy porównanie
powieści Cherezińskiej do słynnej "Gry o tron" jest słuszne? Jest
wiele podobieństw, przede wszystkim, tak w jednej jak i w drugiej pozycji
głównym tematem jest walka o władzę w podzielonym królestwie, w której udział
biorą znaczące rody, a każdy z nich szczyci się własnym herbem i zawołaniem
rodowym. I tu i tu świat realistyczny miesza się z fantastycznym. Ponadto obie
powieści charakteryzują się mnogością bohaterów, choć tu pan Martin wiedzie
prym (ale trzeba przyznać, w kwestii ilości stworzonych postaci chyba nikt
faceta nie pokona). Natomiast główną różnicą jest ta,
że "Gra o tron" to czysta
fikcja, w której losy bohaterów całkowicie zależą od wyobraźni autora (i jak to
się dla nich kończy doskonale wiedzą fani sagi), zaś "Korona..." jest oparta
na faktach, w które autorka starała się przesadnie nie ingerować. Z pewnością obie
powieści są warte przeczytania, a każda z nich wnosi do literatury coś
indywidualnego.
Ale wracając do dzieła pani Cherezińskiej. Według mnie to
brawurowo opowiedziana historia Polski, którą chce się odkrywać na nowo, a przy tym doskonały, trzymający w napięciu
kryminał, z elementami fantastyki, romansu, okraszony nieprzytłaczającymi
scenami batalistycznymi. Majstersztyk.
Jakie są Twoje ulubione rzeczy?
Przypomnij sobie. Zrób listę, bo być może, będzie to klucz do rozwiązania
zagadki.
„Ulubione rzeczy” – thriller
brytyjskiej autorki thrillerów i kryminałów, zmasakrował mnie totalnie.
Oczywiście w jak najbardziej pozytywnym sensie. Uwielbiam ten gatunek
literacki, a podany w takiej postaci jest po prostu wyborny.
Kuba Rozpruwacz przez kilka lat
siał terror i panikę w XIX – wiecznej Anglii. Nigdy nie został schwytany. Nigdy
też nie odkryto jego tożsamości. Historia tego okrutnego mordercy stała się
idealną podkładką, dla wielu teorii, legend, książek i filmów. Każdy mógł być
sprawcą, wśród poszczególnych typów znalazły się nawet osoby z królewskiego
rodu. Czy ktokolwiek, kiedykolwiek chociaż otarł się o prawdę?
„Martwa kobieta osuwała się na mój samochód. (…) Sekundę później
odwróciła się i jej oczy spojrzały w moje. Martwe oczy. W poprzek jej szyi
ziała okrutna rana, jej brzuch był plamą szkarłatu. Chwyciła mnie za rękę, a ja
nie mogłam się ruszyć. Ściskała mnie kurczowo. Mocno jak na martwą kobietę.”
Na rękach młodej policjantki
Lacey Flint, umiera kobieta. Jej oprawca czai się w pobliżu. Dokonał swego
czynu niemal za plecami Lacey, szybko i sprawnie, tak, że ta niczego nie
zauważyła. Okazuje się, że ofiara jest pierwszą z serii „zdobyczą”
bezwzględnego mordercy. Następne przestępstwa wykazują podobieństwa do tych
popełnianych przez legendarnego Kubę Rozpruwacza, tyle, że naśladowca, w
przeciwieństwie do pierwowzoru, za cel obiera nie prostytutki, ale szanowane i
dobrze sytuowane obywatelki. Flint, która niemal od zawsze fascynowała się
seryjnymi zabójcami, a o słynnym Rozpruwaczu wie prawie wszystko, staje się
główną podporą ekipy rozwiązującej sprawę, co ma pomóc przewidzieć kolejny krok
zabójcy. Sytuacja staje się dla Lacey nieciekawa, kiedy dalsze etapy śledztwa
wskazują na powiązanie jej osoby z tymi morderstwami. Policjantka skrywa mroczną
tajemnicę.
Wartkie tempo wydarzeń od
pierwszej do ostatniej strony, nagłe zwroty akcji, niespodziewane rozwiązania, do
tego postać głównej bohaterki, nie do końca jasna i przejrzysta. To tylko
niektóre elementy składające się na kryminał idealny, porywający i w pełni
satysfakcjonujący. Dodatkowym plusem według mnie, jest to, że poza głównym
wątkiem czytelnik dostaje możliwość poznania wielu faktów i mitów dotyczących
najsłynniejszego chyba seryjnego mordercy w dziejach, Kuby Rozpruwacza.
Właściwie nie dostrzegam nic, czego mogłabym się w tej
powieści przyczepić, a starałam się szukałam. „Ulubione rzeczy” są dobre, mocne, napisane tak, że
ciężko się oderwać. Moje wszystkie życzenia i oczekiwania względem lektury
zostały zaspokojone, tak więc nie mogłam dać innej oceny. Nawet nie będę się
zastanawiać przed sięgnięciem po kolejne części serii z Lacey Flint, do czego i
Was, moi Drodzy serdecznie zachęcam!!!
Moja przygoda z „Syberiadą polską” rozpoczęła się rok temu.
Najpierw była książka, która pochłonęła mnie bez reszty. Później ekranizacja.
Wreszcie zakończone sukcesem „polowanie” na dwie pozostałe części opowiadające
dalsze losy Sybiraków z Czerwonego Jaru.
Ku radości swej ogromnej, mając już na półce całą trylogię,
odświeżywszy sobie część pierwszą przystąpiłam do czytania drugiej i trzeciej.
Swoje wrażenia i doznania chciałabym Wam niniejszym zaprezentować.
„SYBERIADA POLSKA”
Zbigniew Domino
Wydawnictwo Studio
EMKA
ISBN
978-83-63773-23-6
Str. 512
Moja ocena 6/6
„Była wtedy zima
wyjątkowo śnieżna i mroźna. Nocna, nadranna pora. Czerwony Jar, niewielka
podolska wioska, otulona ciszą zaśnieżonej, głębokiej kotliny, spała jeszcze
snem sprawiedliwych. Spała nieświadoma zbliżającego się niebezpieczeństwa,
jakiego nawet w koszmarnych snach wyśnić niepodobna. Toteż, jak grom z jasnego
nieba, spadło ono tej nocy na ludzi z Czerwonego Jaru. (…) Dla ciekawych
historii odnotujmy, że działo się to dokładnie dnia 10 lutego 1940 roku.”
Czy zdajesz sobie sprawę jakie to
uczucie, kiedy ktoś nagle wpada do Twojego domu i każe Ci go opuścić? Masz
jedynie 15 minut na spakowanie najpotrzebniejszych rzeczy. Musisz pozostawić
cały dobytek swojego życia. Upychają Cię jak zwierzę do ciasnego, towarowego
wagonu i wywożą nie wiadomo dokąd.
Taki los spotkał bohaterów tej
książki, mieszkańców Czerwonego Jaru. Jest to historia ich wysiedlenia,
tułaczki i w końcu życia wśród dzikiej i bezwzględnej tajgi.
„Poświst przemarzniętych drzwi. Trzask zewnętrznego rygla. Z bieli
śniegu, ze światłości czerwono zachodzącego słońca – ta nagła wagonowa ciasnota
i ciemność! Dotąd ludzie wolni, zrośnięci od kolebki z naturą, ziemią, słońcem,
wiatrem, powietrzem i wodą, z chwilą zaryglowania w ciemnym towarowym wagonie
poczuli się jak zwierzęta w klatce.”
W ten sposób rozpoczęła się długa
i wycieńczająca podróż setek ludzi, całych rodzin. Każdy zadawał pytania, „za
co?”, „dlaczego?”, „dokąd?”. Nikt nie odpowiadał. Mijały dni, a do celu
wciąż było daleko. Głód, zmęczenie, choroby pogłębiały przerażenie, ale też
zniecierpliwienie i irytacje wśród „pasażerów”. Najsłabsi umierali.
I oto pewnego dnia docierają na
miejsce. Ich nowy dom to Kalucze, obóz położony wśród srogiej tajgi, odcięty od
świata. Od tej pory codziennością zesłańców stają się brudne, liche baraki i katorżnicza
praca w nieludzkich warunkach. A w sercu pozostaje tęsknota za utraconą
ojczyzną i nadzieja, że kiedyś do niej wrócą.
„To co z tego, że w przyrodzie wszystko z wiosną rozwija się, kwitnie i
rwie się do życia. W zesłańczej polskiej duszy, w taką wiosenną, bujną porę
robi się jeszcze bardziej tęskno, ponuro i beznadziejnie. Wspomnienia spać nie
dają. Ale jak długo można żyć wspomnieniami? W głuchej tajdze nie docierają do
nich żadne sprawdzalne wiadomości, co się tam w Polsce, w dalekim świecie
dzieje. Powoli wszystko co było, staje się jakby nierealnym snem.”
I tak mijały dni, tygodnie,
miesiące. Wśród głodu, rozpaczy, wszechobecnej śmierci, pojawiały się też
drobne przebłyski szczęścia. A sytuacja polityczna na świecie zmieniała się.
Zmieniały się też losy mieszkańców Kaluczego. Pewnego dnia znów stali się
ludźmi wolnymi zaś ich nadzieje na powrót do Polski rozkwitły na nowo.
Większość rodzin opuściła miejsce zesłania. Jedni trzymali się razem inni
obierali zupełnie różne kierunki.
„Tak to, wolą zesłańczego losu, ludzie z Czerwonego Jaru, zżyci z sobą
od zawsze, często spokrewnieni i solidarni jak rzadko, zaczęli się w tej
niezmierzonej, syberyjskiej krainie rozpraszać i gubić. A co najgorsze, żadnej
pewności mieć nie mogli, że się jeszcze kiedyś ich ziemskie drogi skrzyżują…”
Jednak powrót do wytęsknionej ojczyzny nie był łatwy. A żyć
trzeba było. Sami na własną rękę musieli zadbać o siebie w obcym kraju. Aż wreszcie przyszła wiosna 1946 roku marzenia o Polsce
stawały się coraz bardziej realne. Kto chciał, rozpoczynał powrotną podróż.
„Każdy z
nich, poczynając od małego, który ledwie coś tam pamiętał, do starego – przez
wszystkie lata Sybiru – jeśli nosił w swoim sercu Polskę, to zawsze i
nieodmiennie kojarzyła mu się ona z jego rodzinnym domem, polem, sadem, wioską
czy miasteczkiem, kościołem i rzeczką obok płynącą. I taką właśnie ojczyznę od
urodzenia do śmierci kochał.”
A jaką zastał…?
„Syberiada polska” to niezwykle przejmująca opowieść o
zwykłych ludziach, którym los nie szczędził tragicznych wydarzeń. Napisana
jasnym, przejrzystym językiem nie pozwala się oderwać do samego końca.
Osobiście bardzo przeżywałam wraz z bohaterami każdą tragedię i te nieliczne
chwile radości. Mimo całego dramatyzmu sytuacji, to bardzo ciepła historia o
wzajemnym wspieraniu się w niedoli oraz o nigdy nie umierającej nadziei.
Autor ukazuje nam wydarzenia z punktu widzenia różnych osób.
Mamy więc wgląd w uczucia i spostrzeżenia dorosłych, którzy pamiętają z przeszłości
najwięcej, tęsknią bardziej. Spoglądamy również przez pryzmat dzieci, które
jeśli tylko mają siłę przetrwać, najszybciej przystosowują się do obcych realiów. Przedstawione nam zostały też relacje pomiędzy Polakami a rodzimymi mieszkańcami
Syberii. Bohaterów jest wielu i każdy przeżywa zaistniałą sytuację na swój
sposób.
Naprawdę gorąco polecam tą powieść!!!
„CZAS KUKUŁCZYCH
GNIAZD”
Wydawnictwo Studio
EMKA
ISBN 978-83-63773-14-4
Str. 415
Moja ocena 5/6
Będę starała się nie spoilerować. Jeżeli ktoś boi się, że
zdradzę za dużo zapraszam od razu do podsumowania.
„Polska!
Polska… nasza
kochana Polska…
We wszystkich
wagonach zapadło niespodziewane milczenie, przerywane tylko tłumionym
pochlipywaniem kobiet. W takiej zaskakującej ciszy ludzie z transportu PT-2564
po latach syberyjskiego zesłania witali się z Ojczyzną.” - „Syberiada polska”
Razem z bohaterami pierwszej części powracamy do Polski. Do
tego wytęsknionego, ukochanego kraju, w którym miało czekać na nich już tylko
dobre. Tymczasem pierwsze rozczarowania spotykają ich jeszcze w czasie podróży.
Bo oto okazuje się, że nie ma już tej Polski jaką pamiętali. Nie ma ich domów.
Zewsząd wita ich obca rzeczywistość.
Tym razem autor skupił się głównie na losach Staszka Doliny,
który wraz z rodziną trafia na Ziemie Odzyskane do wsi dotąd zamieszkiwanej
przez Niemców, podobnie jak kiedyś Polacy, wysiedlonych ze swych domów. Tak oto wieś Zielone Pole staje się nowym domem Dolinów i wielu
innych rodzin z Czerwonego Jaru.
„Sybiracy! Osobny to gatunek powojennych Polaków. Po dziś
dzień bywa, że temu kto jak oni Sybiru nie zakosztował, trudno ich czasem
zrozumieć. Z syberyjskiego zesłania wrócili do Polski zdziesiątkowani, do tego
jako najbiedniejsi z najbiedniejszych. Wrócili nie do swoich rodzinnych i
wytęsknionych domów, wiosek, miasteczek i miast, na wschodnich kresach
przedwojennej Rzeczypospolitej, z których na katorgę ich wywieziono. A do tego
jeszcze po powrocie los, niby wiatr jesienne liście, rozwiał ich po Ziemiach
Odzyskanych, od morskiego Szczecina przez Wrocław, Opole, aż po Karkonosze.
Wszystko tu dla nich było obce i nieznane. Rzadko zdarzało im się tak jak w
Zielonym Polu, by wciąż jeszcze spora ich gromada trzymała się razem.”
„Czas kukułczych gniazd” ukazuje pierwsze próby odnalezienia
się Sybiraków w nowej rzeczywistości, ale także przedstawia wydarzenia jakie
zachodziły na ziemiach polskich w czasie ich zesłania. Wydarzenia te przytaczane są we wspomnieniach tych, którzy tutaj pozostali. W czasie pobytu na obczyźnie,
Polska jawiła się zesłańcom jako raj utracony, dlatego ciężko im uwierzyć w to co
zobaczyli i usłyszeli. Teraz mogli już tylko cieszyć się z tego co mają,
budować swe życie na nowo i mieć nadzieję, że wszystko się jakoś ułoży.
„Najważniejsze, żeby
nareszcie w Polsce po tej wojnie się ustatkowało, żeby więcej już brat z ręki
brata nie ginął.”
Pojawia się wiele nowych postaci, poznajemy też powojenne losy Niemców na Ziemiach Odzyskanych.
Trochę szkoda, że Zbigniew Domino „pogubił” gdzieś
mieszkańców Czerwonego Jaru. Byłam
bardzo ciekawa losów pozostałych. Niektórzy zostali wspomniani w „Czasie…” a
inni wcale. Rozumiem, że autor miał tym razem inny cel, skupił się na sytuacji w Polsce. Ale ja tęskniłam za znanymi już bohaterami, byłam bardziej ciekawa ich reakcji na tą nową
rzeczywistość.
„MŁODE CIEMNOŚCI”
Wydawnictwo Studio
EMKA
ISBN 978-83-62304-87-5
Str. 528
Moja ocena 4/6
Trzecia i ostatnia już część sagi rodziny Dolinów, bo tak
sam autor określa całą trylogię. Tym razem towarzyszymy już głównie Staszkowi w
jego dojrzewaniu, edukacji i... problemach z dziewczynami. Chyba najbardziej
polityczna ze wszystkich części. Dosyć wnikliwa analiza ówczesnej polskiej
rzeczywistości. Dla wielbicieli tego okresu naszej historii, będzie to na
pewno spora dawka ciekawych spostrzeżeń i tematów dyskusyjnych. Ponadto
przedstawiona z punktu widzenia ludzi różnego pochodzenia i z różnych warstw
społecznych, odmiennie doświadczonych przez wojenną zawieruchę. To na pewno mocna strona powieści.
A dla mnie? Cóż, jeśli chodzi o politykę wystarczy, że wiem
kto aktualnie sprawuje w kraju rządy, ale poza tym raczej mnie nie interesuje,
dlatego też „Młode ciemności” nieco mnie zmęczyły, miejscami nawet
usypiały. Takie trochę to były Staszka Doliny edukacyjno – miłosne perypetie z polityką w tle.
PODSUMOWANIE
Podsumujmy więc, osobiście uważam pierwszą część sagi
Zbigniewa Domino za rewelacyjną i bezwzględnie wartą przeczytania i w ogóle,
wybaczcie, że tak mnie ponosi, ale nie mogę inaczej ocenić, jak tylko w samych
superlatywach. Jeśli zaś chodzi o pozostałe dwie części, według mnie również
zasługują na zapoznanie, najlepiej od razu, hurtem, jedna po drugiej, gdyż
wydarzenia następują bezpośrednio po sobie i dobrze jest być na bieżąco. No
i czy się chce czy nie to jednak warto się w tej naszej zawiłej historii orientować, a Zbigniew Domino podaje nam ją w naprawdę dobrej postaci.
A na zakończenie chciałabym jeszcze zachęcić Was, oczywiście
po przeczytaniu „Syberiady polskiej”, do obejrzenia filmu na jej podstawie. Jak
to już zwykle z ekranizacjami bywa, do książki się nie umywa, ale w mojej
opinii, biorąc pod uwagę dzisiejszą polską kinematografię, twórcom udało się „popełnić”
naprawdę dobry film.
I tak oto dałam się porwać
kolejnej fali „ochów” i „achów” nad książką, tudzież jej filmową adaptacją.
Kiedy czytam niemal same pozytywne opinie, a do tego temat jest dla mnie
interesujący interesujący, nie mogę przejść obok. I co robię? Kupuję i czytam
oczywiście!
A teraz pytania Czy żałuję
zakupu? Czy aby ten „bestseller” nie okazał się kolejnym, medialnie nakręconym
marnym czytadłem?
I natychmiast odpowiadam;
absolutnie nie żałuję, a „Złodziejka książek” to naprawdę godna polecenia
pozycja. Uff…
Ale po kolei…
"ZŁODZIEJKA KSIĄŻEK"
(The book thief)
Autor: Markus Zusak
Przekład: Hanna Baltyn
Wydawnictwo: Nasza Księgarnia
Warszawa 2014
Str. 495
ISBN 978-83-10-12645-0
Moja ocena 6/6
„Mówię wam, ten świat to fabryka. Napędza ją słońce ale rządzą ludzie.
A ja trwam. Zbieram ich dusze.”
Przenosimy się do Niemiec, koniec
lat 30 początek 40 ubiegłego wieku. Czyli wiadomo, sytuacja nieciekawa,
nastroje wojenne, nagonki, strach, głód i nienawiść dookoła. W takim właśnie
świecie żyła nasza bohaterka, Liesel Meminger. Matka dziewczynki podjęła trudną
decyzję. Postanowiła swoje dzieci, Liesel i jej młodszego brata, oddać pod
opiekę rodzinie, która była w stanie zapewnić im ciepły dom i poczucie
bezpieczeństwa. Niestety w czasie ciężkiej podróży, chłopiec umiera. Matka i
siostra są zmuszone pozostawić go na małym cmentarzu, gdzieś po drodze do celu.
Po pogrzebie chłopca, Liesel znajduje książkę, „Podręcznik grabarza”. Zamiast
oddać właścicielowi, zatrzymuje ją dla siebie. Tak oto Złodziejka książek
rozpoczyna swą „karierę”.
„Próbuję zapomnieć, ale wiem, że wszystko zaczęło się od pociągu,
śniegu i kaszlu mojego braciszka. Tego dnia ukradłam pierwszą w życiu książkę.”
Nowy dom bohaterka znajduje u Rosy
i Hansa Hubermannów w Molching, na Himmelstrasse 33. Na początku dziewczynka
jest zagubiona w obcym miejscu i wśród obcych ludzi. Tęskni za matką i bratem,
a w nocy prześladują ją koszmary. Jednak po pewnym czasie dziewczynka
przekonuje się do przybranej rodziny, a w miasteczku poznaje nowych znajomych.
Najbardziej zaprzyjaźnia się ze swoim rówieśnikiem Rudym Steinerem.
Ale szara rzeczywistość
przypomina o sobie na każdym kroku. Dookoła przewija się ludzki strach i
cierpienie. Nad Molching wisi groźba zbombardowania. Liesel ucieka przed tą
codziennością w słowa zawarte w książkach, które trafiały do niej w różnych
okolicznościach.
„Jeżeli już mowa o złodziejstwie Liesel, to nie kradła książek dla
zabawy, a tylko wtedy, kiedy czuła, że było to konieczne”
Z czasem, czytanymi historiami bohaterka
rozjaśniała mroczne dni innym, ukrywającemu się Żydowi, kobiecie, która
straciła syna, przerażonym ludziom w schronie przeciwlotniczym. Wtedy też,
obserwując sytuacje dookoła, Liesel uświadamiała sobie, że słowa mogą nie tylko
koić ból i strach, ale i wręcz przeciwnie. Słowa mogą również zabijać.
„Nienawidziłam słów i kochałam je. Mam nadzieję, że nauczyłam się ich
używać.”
Dziewczynka postanowiła opisać
swoje losy. Ale tego co Liesel zapisała w czarnym notesie, nie przeczytał
prawie nikt. Tylko Śmierć. I to właśnie Śmierć jest narratorem owych zdarzeń.
Postać jakże na miejscu zwłaszcza w tych nieprawdopodobnie tragicznych dniach. W
opowieść o Złodziejce książek, narrator wplata swój punkt widzenia na
zaistniałe wydarzenia. Odbieranie życia nie zawsze jest według niego
sprawiedliwe. Ale taką ma pracę, musi ją wykonywać, bo taki jest rozkaz „szefa”,
którym tym razem jest wojna. Autor „uczłowieczył” Śmierć. Przedstawił jako
istotę o zdolnościach nadprzyrodzonych, ale ludzkich uczuciach.
„Widzicie? Nawet śmierć ma serce.”
Jednym z najbardziej
wstrząsających fragmentów w książce, był dla mnie ten, w którym Śmierć zabiera
dusze umierających w komorach gazowych.
„Kiedy ich ciała przestawały szukać szczelin w drzwiach, podnosiły się
ich dusze. Ich paznokcie skrobały w drewno albo wczepiały się w nie ostatkiem
sił, a dusze w moje ramiona.”
Przyznam, że miałam gęsią skórkę
czytając te słowa.
„Złodziejka książek” to
niewątpliwie historia, która chwyta za serce. Chyba jedna z niewielu jakie znam,
spośród traktujących o życiu społeczności niemieckiej w czasach II wojny
światowej. Warto przeczytać chociażby dlatego, aby poznać punkt widzenia
narodu, który w przypadku poruszanej tematyki często pokazywany jest od
najgorszej strony. A przecież i tam żyli ludzie, którzy także bali się co
przyniesie jutro, tak samo cierpieli po stracie ukochanych synów, czy ojców,
tak samo byli zastraszani i często żyli w nędzy.
Markus Zusak w swej powieści,
zastosował styl, który bardzo lubię. W tym przypadku nasuwa mi się określenie
„malowanie słowem”. Nie jest to styl sztampowy. Narrator często uprzedza fakty,
co jednak nie raziło pod żadnym względem. Dodatkowo wplatane w tekst krótkie
spostrzeżenia, refleksję, tłumaczenia przydają powieści charakteru.
I jeszcze nasuwa mi się taka mała
dygresja. Zauważyłam pewne podobieństwo „Złodziejki książek” Zusaka do
„Wyznaję” Jaume Cabre. Po pierwsze w obu książkach występuje wątek wojny i
pogromu Żydów, po drugie zarówno Zusak jak i Cabre stworzyli dodatkowego
„bohatera” wydarzeń – instrument muzyczny, w „Wyznaję” były to skrzypce, w
„Złodziejce…” – akordeon. No i po trzecie, ucieczka głównych bohaterów w magię
książek. A, no i można jeszcze dodać po czwarte, czyli styl zarówno w jednej
jak i w drugiej powieści barwny i oryginalny, nie pozwalający się oderwać do ostatnich stron. Obie te książki mnie
porwały i na pewno obie na długo pozostaną w pamięci.
Podsumowując, zachęcam do
przeczytania „Złodziejki książek” każdego, bez względu na wiek czy płeć. To
historia dostarczająca tak uśmiechu jak i wzruszeń. Jednego mniej drugiego
więcej. Samo życie…