Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 6/6. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 6/6. Pokaż wszystkie posty

piątek, 9 stycznia 2015

"Gniew" - Zygmunt Miłoszewski

"GNIEW"
Zygmunt Miłoszewski
[Seria z Teodorem Szackim]
Wydawnictwo W.A.B.
2014
ISBN 978-83-280-0935-6
Str. 380
Moja ocena 6/6



Z pośród premier ostatnich miesięcy, jedną z najbardziej wyczekiwanych przeze mnie był właśnie " Gniew" Zygmunta Miłoszewskiego. Mocno uzależniłam się od kryminalnych perypetii prokuratora Teodora Szackiego. "Gniew" to już ostatnie spotkanie z tym nietuzinkowym bohaterem, dlatego radość z dobrej lektury miesza się z poczuciem żalu, że oto nastąpił koniec. Mówią, że wszystko co dobre szybko się kończy. Trylogia Miłoszewskiego zaiste jest dobra, nawet bardzo dobra. Nie zawaham się wręcz posłużyć terminem - genialna. No dobrze, ale zaczynam roztkliwiać się już nad pożegnaniem a wypadałoby zacząć od początku.

Była już Warszawa, był także Sandomierz, a teraz przyszedł czas na Olsztyn. Tym razem to właśnie w tym niedużym, warmińskim mieście, prokurator Szacki zmierzy się z kolejną zagadką do rozwiązania. Początkowo sprawa wydaje się być szybka i łatwa. W starym bunkrze zostaje znaleziony szkielet, prawdopodobnie pochodzący z czasów wojny. Ale badania wykazują coś zupełnie zaskakującego. Kości należą do mężczyzny, który żył jeszcze zaledwie kilka dni temu. Głębsze analizy wykazują, że szkielet skrywa dodatkowe niespodzianki. Szackiego czeka nie lada wyzwanie. Znalezienie sprawcy będzie niezmiernie trudne. Z każdym nowym tropem śledztwo komplikuje się coraz bardziej a  kiedy dojdą do tego względy osobiste napięcie sięgnie zenitu. 

Zawikłana kryminalna zagadka przeplata się z problematyką przemocy domowej, tak fizycznej jak i psychicznej. Autor jak zwykle sumiennie przygotował się do tematu. W "Gniewie" nie ma miejsca na banały czy infantylne historyjki. To rasowy, trzymający w napięciu kryminał, od którego ciężko się oderwać. Do tego bohaterowie, którzy zapadają w pamięć.

380 stron, dla jednych to dużo, dla innych, tak średnio. Ale 380 stron drobnym druczkiem może zmęczyć. Jednakże nie w tym przypadku. Tej książki się nie czyta, ją się pochłania. W recenzjach "Uwikłania" i " Ziarna prawdy" rozpływałam się już w "ochach" i "achach" nad stylem Miłoszewskiego, więc tu tylko potwierdzę, że styl ów jest nie do pobicia. 

Coś się kończy aby coś mogło się zacząć. „Gniew” to zaiste godne zakończenie doskonałej serii. Oczekuję zatem na kolejne porywające powieści pana Miłoszewskiego. Chętnie poznam nietuzinkowych, mam nadzieję, bohaterów i podelektuję się wyrafinowaną prozą. Chociaż... zakończenie "Gniewu" pozostawia autorowi otwartą furtkę dla dalszych przygód Szackiego, więc może jednak kiedyś...?

Wszystkim natomiast polecam "Uwikłanie", "Ziarno prawdy" i "Gniew". Niekoniecznie w podanej kolejności, ponieważ każda część to zupełnie inna historia, inna zagadka, inni bohaterowie. Podpowiem jednak, że ze względu na wątek obyczajowy, dotyczący prywatnego życia Teodora Szackiego, prawidłowa kolejność ułatwia lepsze poznanie bohatera.

[Książka wygrana w konkursie na lubimyczytac.pl ] 

Inne z tej serii:
1. Uwikłanie
2. Ziarno prawdy 

poniedziałek, 15 grudnia 2014

"Marina" - Carlos Ruiz Zafon



"MARINA"
Carlos Ruiz Zafon
Przekład:  Okrasko Katarzyna, Marrodan Casas Carlos
Wydawnictwo: Muza s.a. 2009
ISBN 978-83-7758-238-1
Str. 304
Moja ocena 6/6 



Kiedy zgarniałam z bibliotecznej półki kolejną powieść Zafona, zastanawiałam się czym jeszcze autor może mnie oczarować. Seria "Cmentarz Zapomnianych Książek" to wysoko postawiona poprzeczka. A "Marina" to powieść skierowana do młodzieży. Czy zaspokoiła moje wymagające gusta? 

"Czasami to co najbardziej prawdziwe, dzieje się tylko w wyobraźni. Wspominamy tylko to, co nigdy się nie wydarzyło."
Oscar Drai uczy się i mieszka w internacie. Po lekcjach poszukuje urozmaicenia wśród pięknych, starych willi Barcelony. Pewnego dnia, podążając za dziwnym kotem, trafia do jednej z nich i przez przypadek zabiera ze sobą pamiątkowy zegarek. Wyrzuty sumienia nie pozwalają mu spać. Kiedy w końcu decyduje się zwrócić zabrany przedmiot, poznaje mieszkańców willi, swoją rówieśniczkę Marinę oraz jej ojca, niegdyś wspaniałego malarza. Oscar od pierwszego wejrzenia zakochuje się w dziewczynie i staje się stałym bywalcem w jej domu. Pewnego dnia nastolatkowie trafiają w dziwne miejsce, do szklarni pełnej manekinów. Z przerażeniem odkrywają, że to co ich otacza to nie sztuczne lalki, ale makabryczne twory złożone z ludzkich ciał. Na domiar złego manekiny ożywają i omal nie uśmiercają naszych bohaterów. Ta mrożąca krew w żyłach przygoda, stanie się dla przyjaciół wstępem do odkrycia mrocznego sekretu człowieka opętanego szaleństwem. Zaangażowany w tą niezwykłą historie Oscar nie wie, że swoją tajemnicę ma także Marina.

Znacie te powieści, od których, jeśli już musicie się oderwać, to czynicie to z wielkim bólem i rozpaczą? Dla mnie do takich właśnie należy "Marina". Gdybym mogła przeczytałabym na jednym wdechu. Niestety obowiązki dnia codziennego zmuszały do rozstań i powrotów. A każde rozstanie przyprawiało niemal o rozpacz. Po prostu musiałam wiedzieć, musiałam poznać rozwiązanie tej zagadki. Za to wszystko odpowiedzialna była świetnie skonstruowana fabuła, ciekawa historia połączona z tajemnicą ocierającą się o świat zupełnie nierealny, a do tego niezawodnie mroczna i piękna Barcelona.

"Na murach tańczyły cienie nieprawdopodobnych łuków. Znajdowaliśmy się w sercu magicznej Barcelony, w labiryncie duchów, gdzie w nazwach ulic pobrzmiewały echa starych legend, a za naszymi plecami czaiły się baśniowe stwory."

Czy trzeba pisać coś więcej o stylu i języku autora? Kto zna Zafona ten wie, a kto jeszcze nie zna zachęcam bo warto. Jego utwory działają na wyobraźnię. 

Jeśli miałaby się do czegoś przyczepić, to może do tego, że watek samej Mariny był przewidywalny. Jednak poradziłam sobie i z tym. Po prostu wczułam się w bohaterkę. Ja i ona miałyśmy tajemnicę, którą Oscar miał dopiero odkryć.

"Marina" to wszystko co kocham w Zafonie, niepowtarzalny klimat, nieprzeciętni bohaterowie, trzymające w napięciu sceny, a to wszystko owiane mgłą romantyzmu. Książka dla młodzieży? Ha, ja, zaliczająca się do troszkę starszej młodzieży miałam ciary na plecach. Dziesięć lat temu mogłabym mieć problemy z zaśnięciem:). Naprawdę, miejscami wieje grozą ze starych horrorów. Podsumowując, wśród książek autora, które przeczytałam, ta z pewnością zajmie jedno z najwyższych miejsc. Polecam miłośnikom mrocznych klimatów z romantyczną duszą, wielbicielom Zafona (to bezwzględnie), i wszystkim tym, którzy chcą poczuć się jak w baśni (bardziej tych w stylu braci Grimm), obojętnie do której kategorii "młodzieży" się zaliczacie:)

Wyzwania: Klucznik, Wyzwanie biblioteczne

czwartek, 23 października 2014

"Korona Śniegu i Krwi" - Elżbieta Cherezińska

"KORONA ŚNIEGU I KRWI"
Elżbieta Cherezińska
Wydawnictwo Zysk i S-ka
ISBN 9788377855317
Seria: Odrodzone Królestwo cz. 1 
Str. 736
Moja ocena: 6/6


Dziś na tapecie powieść Elżbiety Cherezińskiej, porównywana przez niektórych do "Gry o tron" George'a R. R. Martina. Ponieważ jestem ogromną fanką sagi amerykańskiego autora, postanowiłam przyjrzeć się, jak to wygląda w rodzimym wydaniu. Rzecz wydawała mi się o tyle ciekawsza, że oparta na autentycznych wydarzeniach historycznych. "Korona śniegu i krwi" była pierwszą powieścią Cherezińskiej jaką przeczytałam, punktem zapalnym mojej ogromnej sympatii do twórczości autorki. Chyba nigdy dotąd nie spotkałam się z powieściami, które nie tylko dały mi ogromną satysfakcję, ale także skłoniły do zgłębiania historii naszego kraju. Niezwykle barwnej historii.

"Korona śniegu i krwi" opowiada dzieje księcia Starszej Polski Przemysła i jego pełną pułapek i intryg drogę do zjednoczenia państwa i zdobycia królewskiej korony. Naturalnie, planom księcia nie byli przychylni władcy sąsiednich państw, którym nie na rękę jest tworzenie silnego, zjednoczonego królestwa. Ponadto pretendentów do polskiej korony jest więcej. I w ten sposób gra się rozpoczyna. Wszystkie chwyty dozwolone, czytelnik staje się więc świadkiem krwawych zbrodni, nagłych, tajemniczych zgonów, porwań dla okupu, politycznych mariaży, wieloletnich, wyczerpujących wojen. Ekscytujące doświadczenie. A przy tym przedstawione niezwykle realistycznie. Aż chce się powiedzieć; „przecież tak właśnie mogło być”. Były to czasy niebezpieczne, ale i niezwykle ciekawe. Czasy, kiedy chrześcijaństwo dopiero wkraczało na polskie ziemie, a dookoła wciąż jeszcze szerzył się poganizm. Ludzie wierzyli w magię, dlatego też delikatnie osnuta wokół wydarzeń mgiełka świata fantastycznego, tylko dodaje smaczku całej powieści. Nie traci ona nic z autentyczności.

Co mogę napisać o bohaterach? Po pierwsze, muszę przypomnieć, że większość z nich to postacie historyczne, wielu znanych nam z podręczników do historii inni może trochę pomijani, oraz ci fikcyjni, których autorka stworzyła na potrzeby fabuły. Po drugie, wszyscy zostali obdarzeni przez autorkę indywidualnymi cechami, każdy ma swoje walory ale i każdy zmaga się z własnymi słabościami. Od pierwszej do ostatniej strony mamy wiele okazji dobrze poznać każdego bohatera. Ci najważniejsi mają swoje rozdziały. Daje to możliwość przyjrzenia się wydarzeniom z różnych perspektyw. Gama bohaterów jest szeroka i zróżnicowana. Są to zarówno dzielni wojowie, wielcy (i nieco mniejsi) książęta, królowie, nie do końca bezbronne damy, przedstawiciele duchowieństwa a także ludzie Starej Krwi, którzy stanowią największą zagadkę tej powieści i dodają jej magii.

Z całych sił próbuję być obiektywna i szukam w "Koronie..." słabych stron, ale nic nie przychodzi mi do głowy. Zarówno styl autorki jak i treść powieści idealnie mi pasują. Nie mam nic do zarzucenia pustaciom. Przeciwnie, odpowiadają moim wyobrażeniom o tych, których do tej pory miałam okazję poznać jedynie na obrazach lub w podręczniku do historii. Ciężko się do czegokolwiek przyczepić. Powieść napisana jest z pasją i ta pasja udziela się czytelnikowi. Sama dałam się porwać aurze tamtych czasów i po skończonej lekturze wertowałam strony poświęcone królowi Przemysłowi II, oraz jego dziejom, postaci ciekawej, intrygującej a niestety mniej znanej z historii.

A czy porównanie powieści Cherezińskiej do słynnej "Gry o tron" jest słuszne?
Jest wiele podobieństw, przede wszystkim, tak w jednej jak i w drugiej pozycji głównym tematem jest walka o władzę w podzielonym królestwie, w której udział biorą znaczące rody, a każdy z nich szczyci się własnym herbem i zawołaniem rodowym. I tu i tu świat realistyczny miesza się z fantastycznym. Ponadto obie powieści charakteryzują się mnogością bohaterów, choć tu pan Martin wiedzie prym (ale trzeba przyznać, w kwestii ilości stworzonych postaci chyba nikt faceta nie pokona). Natomiast główną różnicą jest ta, że  "Gra o tron" to czysta fikcja, w której losy bohaterów całkowicie zależą od wyobraźni autora (i jak to się dla nich kończy doskonale wiedzą fani sagi), zaś "Korona..." jest oparta na faktach, w które autorka starała się przesadnie nie ingerować. Z pewnością obie powieści są warte przeczytania, a każda z nich wnosi do literatury coś indywidualnego.

Ale wracając do dzieła pani Cherezińskiej. Według mnie to brawurowo opowiedziana historia Polski, którą chce się odkrywać na nowo, a przy tym doskonały, trzymający w napięciu kryminał, z elementami fantastyki, romansu, okraszony nieprzytłaczającymi scenami batalistycznymi. Majstersztyk.

Wyzwania: Klucznik

środa, 18 czerwca 2014

"Ulubione rzeczy" - S. J. Bolton



„ULUBIONE RZECZY”
(„Now You See Me”)
S. J. Bolton
Przekład Agnieszka Kabala
Wydawnictwo Amber
Warszawa 2012
Str. 410
Moja ocena 6/6


Jakie są Twoje ulubione rzeczy? Przypomnij sobie. Zrób listę, bo być może, będzie to klucz do rozwiązania zagadki.

„Ulubione rzeczy” – thriller brytyjskiej autorki thrillerów i kryminałów, zmasakrował mnie totalnie. Oczywiście w jak najbardziej pozytywnym sensie. Uwielbiam ten gatunek literacki, a podany w takiej postaci jest po prostu wyborny. 

Kuba Rozpruwacz przez kilka lat siał terror i panikę w XIX – wiecznej Anglii. Nigdy nie został schwytany. Nigdy też nie odkryto jego tożsamości. Historia tego okrutnego mordercy stała się idealną podkładką, dla wielu teorii, legend, książek i filmów. Każdy mógł być sprawcą, wśród poszczególnych typów znalazły się nawet osoby z królewskiego rodu. Czy ktokolwiek, kiedykolwiek chociaż otarł się o prawdę?

„Martwa kobieta osuwała się na mój samochód. (…) Sekundę później odwróciła się i jej oczy spojrzały w moje. Martwe oczy. W poprzek jej szyi ziała okrutna rana, jej brzuch był plamą szkarłatu. Chwyciła mnie za rękę, a ja nie mogłam się ruszyć. Ściskała mnie kurczowo. Mocno jak na martwą kobietę.”

Na rękach młodej policjantki Lacey Flint, umiera kobieta. Jej oprawca czai się w pobliżu. Dokonał swego czynu niemal za plecami Lacey, szybko i sprawnie, tak, że ta niczego nie zauważyła. Okazuje się, że ofiara jest pierwszą z serii „zdobyczą” bezwzględnego mordercy. Następne przestępstwa wykazują podobieństwa do tych popełnianych przez legendarnego Kubę Rozpruwacza, tyle, że naśladowca, w przeciwieństwie do pierwowzoru, za cel obiera nie prostytutki, ale szanowane i dobrze sytuowane obywatelki. Flint, która niemal od zawsze fascynowała się seryjnymi zabójcami, a o słynnym Rozpruwaczu wie prawie wszystko, staje się główną podporą ekipy rozwiązującej sprawę, co ma pomóc przewidzieć kolejny krok zabójcy. Sytuacja staje się dla Lacey nieciekawa, kiedy dalsze etapy śledztwa wskazują na powiązanie jej osoby z tymi morderstwami. Policjantka skrywa mroczną tajemnicę.

Wartkie tempo wydarzeń od pierwszej do ostatniej strony, nagłe zwroty akcji, niespodziewane rozwiązania, do tego postać głównej bohaterki, nie do końca jasna i przejrzysta. To tylko niektóre elementy składające się na kryminał idealny, porywający i w pełni satysfakcjonujący. Dodatkowym plusem według mnie, jest to, że poza głównym wątkiem czytelnik dostaje możliwość poznania wielu faktów i mitów dotyczących najsłynniejszego chyba seryjnego mordercy w dziejach, Kuby Rozpruwacza. 

Właściwie nie dostrzegam nic, czego mogłabym się w tej powieści przyczepić, a starałam się szukałam. „Ulubione  rzeczy” są dobre, mocne, napisane tak, że ciężko się oderwać. Moje wszystkie życzenia i oczekiwania względem lektury zostały zaspokojone, tak więc nie mogłam dać innej oceny. Nawet nie będę się zastanawiać przed sięgnięciem po kolejne części serii z Lacey Flint, do czego i Was, moi Drodzy serdecznie zachęcam!!!

Wyzwania: 
http://mkczytuje.blogspot.com/p/wyzwanie-biblioteczne.html?showComment=1393522357878
http://miqaisonfire.wordpress.com/wyzwanie-kryminalne/

piątek, 9 maja 2014

ZBIGNIEWA DOMINO OPOWIEŚĆ O SYBIRAKACH Z CZERWONEGO JARU


Moja przygoda z „Syberiadą polską” rozpoczęła się rok temu. Najpierw była książka, która pochłonęła mnie bez reszty. Później ekranizacja. Wreszcie zakończone sukcesem „polowanie” na dwie pozostałe części opowiadające dalsze losy Sybiraków z Czerwonego Jaru. 

Ku radości swej ogromnej, mając już na półce całą trylogię, odświeżywszy sobie część pierwszą przystąpiłam do czytania drugiej i trzeciej. Swoje wrażenia i doznania chciałabym Wam niniejszym  zaprezentować.

„SYBERIADA POLSKA”
Zbigniew Domino
Wydawnictwo Studio EMKA
ISBN 978-83-63773-23-6
Str. 512
Moja ocena 6/6
„Była wtedy zima wyjątkowo śnieżna i mroźna. Nocna, nadranna pora. Czerwony Jar, niewielka podolska wioska, otulona ciszą zaśnieżonej, głębokiej kotliny, spała jeszcze snem sprawiedliwych. Spała nieświadoma zbliżającego się niebezpieczeństwa, jakiego nawet w koszmarnych snach wyśnić niepodobna. Toteż, jak grom z jasnego nieba, spadło ono tej nocy na ludzi z Czerwonego Jaru. (…) Dla ciekawych historii odnotujmy, że działo się to dokładnie dnia 10 lutego 1940 roku.”

Czy zdajesz sobie sprawę jakie to uczucie, kiedy ktoś nagle wpada do Twojego domu i każe Ci go opuścić? Masz jedynie 15 minut na spakowanie najpotrzebniejszych rzeczy. Musisz pozostawić cały dobytek swojego życia. Upychają Cię jak zwierzę do ciasnego, towarowego wagonu i wywożą nie wiadomo dokąd.

Taki los spotkał bohaterów tej książki, mieszkańców Czerwonego Jaru. Jest to historia ich wysiedlenia, tułaczki i w końcu życia wśród dzikiej i bezwzględnej tajgi.
„Poświst przemarzniętych drzwi. Trzask zewnętrznego rygla. Z bieli śniegu, ze światłości czerwono zachodzącego słońca – ta nagła wagonowa ciasnota i ciemność! Dotąd ludzie wolni, zrośnięci od kolebki z naturą, ziemią, słońcem, wiatrem, powietrzem i wodą, z chwilą zaryglowania w ciemnym towarowym wagonie poczuli się jak zwierzęta w klatce.”

W ten sposób rozpoczęła się długa i wycieńczająca podróż setek ludzi, całych rodzin. Każdy zadawał pytania, „za co?”, „dlaczego?”, „dokąd?”. Nikt nie odpowiadał. Mijały dni, a do celu wciąż było daleko. Głód, zmęczenie, choroby pogłębiały przerażenie, ale też zniecierpliwienie i irytacje wśród „pasażerów”. Najsłabsi umierali.  

I oto pewnego dnia docierają na miejsce. Ich nowy dom to Kalucze, obóz położony wśród srogiej tajgi, odcięty od świata. Od tej pory codziennością zesłańców stają się brudne, liche baraki i katorżnicza praca w nieludzkich warunkach. A w sercu pozostaje tęsknota za utraconą ojczyzną i nadzieja, że kiedyś do niej wrócą.
„To co z tego, że w przyrodzie wszystko z wiosną rozwija się, kwitnie i rwie się do życia. W zesłańczej polskiej duszy, w taką wiosenną, bujną porę robi się jeszcze bardziej tęskno, ponuro i beznadziejnie. Wspomnienia spać nie dają. Ale jak długo można żyć wspomnieniami? W głuchej tajdze nie docierają do nich żadne sprawdzalne wiadomości, co się tam w Polsce, w dalekim świecie dzieje. Powoli wszystko co było, staje się jakby nierealnym snem.”

I tak mijały dni, tygodnie, miesiące. Wśród głodu, rozpaczy, wszechobecnej śmierci, pojawiały się też drobne przebłyski szczęścia. A sytuacja polityczna na świecie zmieniała się. Zmieniały się też losy mieszkańców Kaluczego. Pewnego dnia znów stali się ludźmi wolnymi zaś ich nadzieje na powrót do Polski rozkwitły na nowo. Większość rodzin opuściła miejsce zesłania. Jedni trzymali się razem inni obierali zupełnie różne kierunki.
„Tak to, wolą zesłańczego losu, ludzie z Czerwonego Jaru, zżyci z sobą od zawsze, często spokrewnieni i solidarni jak rzadko, zaczęli się w tej niezmierzonej, syberyjskiej krainie rozpraszać i gubić. A co najgorsze, żadnej pewności mieć nie mogli, że się jeszcze kiedyś ich ziemskie drogi skrzyżują…”

Jednak powrót do wytęsknionej ojczyzny nie był łatwy. A żyć trzeba było. Sami na własną rękę musieli zadbać o siebie w obcym kraju. Aż wreszcie przyszła wiosna 1946 roku marzenia o Polsce stawały się coraz bardziej realne. Kto chciał, rozpoczynał powrotną podróż.
 „Każdy z nich, poczynając od małego, który ledwie coś tam pamiętał, do starego – przez wszystkie lata Sybiru – jeśli nosił w swoim sercu Polskę, to zawsze i nieodmiennie kojarzyła mu się ona z jego rodzinnym domem, polem, sadem, wioską czy miasteczkiem, kościołem i rzeczką obok płynącą. I taką właśnie ojczyznę od urodzenia do śmierci kochał.”

A jaką zastał…?

„Syberiada polska” to niezwykle przejmująca opowieść o zwykłych ludziach, którym los nie szczędził tragicznych wydarzeń. Napisana jasnym, przejrzystym językiem nie pozwala się oderwać do samego końca. Osobiście bardzo przeżywałam wraz z bohaterami każdą tragedię i te nieliczne chwile radości. Mimo całego dramatyzmu sytuacji, to bardzo ciepła historia o wzajemnym wspieraniu się w niedoli oraz o nigdy nie umierającej nadziei.

Autor ukazuje nam wydarzenia z punktu widzenia różnych osób. Mamy więc wgląd w uczucia i spostrzeżenia dorosłych, którzy pamiętają z przeszłości najwięcej, tęsknią bardziej. Spoglądamy również przez pryzmat dzieci, które jeśli tylko mają siłę przetrwać, najszybciej przystosowują się do obcych realiów. Przedstawione nam zostały też relacje pomiędzy Polakami a rodzimymi mieszkańcami Syberii. Bohaterów jest wielu i każdy przeżywa zaistniałą sytuację na swój sposób. 

Naprawdę gorąco polecam tą powieść!!!

„CZAS KUKUŁCZYCH GNIAZD”
Wydawnictwo Studio EMKA
ISBN 978-83-63773-14-4
Str. 415
Moja ocena 5/6

Będę starała się nie spoilerować. Jeżeli ktoś boi się, że zdradzę za dużo zapraszam od razu do podsumowania.
„Polska!
Polska… nasza kochana Polska…
We wszystkich wagonach zapadło niespodziewane milczenie, przerywane tylko tłumionym pochlipywaniem kobiet. W takiej zaskakującej ciszy ludzie z transportu PT-2564 po latach syberyjskiego zesłania witali się z Ojczyzną.” - „Syberiada polska”


Razem z bohaterami pierwszej części powracamy do Polski. Do tego wytęsknionego, ukochanego kraju, w którym miało czekać na nich już tylko dobre. Tymczasem pierwsze rozczarowania spotykają ich jeszcze w czasie podróży. Bo oto okazuje się, że nie ma już tej Polski jaką pamiętali. Nie ma ich domów. Zewsząd wita ich obca rzeczywistość.

Tym razem autor skupił się głównie na losach Staszka Doliny, który wraz z rodziną trafia na Ziemie Odzyskane do wsi dotąd zamieszkiwanej przez Niemców, podobnie jak kiedyś Polacy, wysiedlonych ze swych domów. Tak oto wieś Zielone Pole staje się nowym domem Dolinów i wielu innych rodzin z Czerwonego Jaru.
„Sybiracy! Osobny to gatunek powojennych Polaków. Po dziś dzień bywa, że temu kto jak oni Sybiru nie zakosztował, trudno ich czasem zrozumieć. Z syberyjskiego zesłania wrócili do Polski zdziesiątkowani, do tego jako najbiedniejsi z najbiedniejszych. Wrócili nie do swoich rodzinnych i wytęsknionych domów, wiosek, miasteczek i miast, na wschodnich kresach przedwojennej Rzeczypospolitej, z których na katorgę ich wywieziono. A do tego jeszcze po powrocie los, niby wiatr jesienne liście, rozwiał ich po Ziemiach Odzyskanych, od morskiego Szczecina przez Wrocław, Opole, aż po Karkonosze. Wszystko tu dla nich było obce i nieznane. Rzadko zdarzało im się tak jak w Zielonym Polu, by wciąż jeszcze spora ich gromada trzymała się razem.”

„Czas kukułczych gniazd” ukazuje pierwsze próby odnalezienia się Sybiraków w nowej rzeczywistości, ale także przedstawia wydarzenia jakie zachodziły na ziemiach polskich w czasie ich zesłania. Wydarzenia te przytaczane są we wspomnieniach tych, którzy tutaj pozostali. W czasie pobytu na obczyźnie, Polska jawiła się zesłańcom jako raj utracony, dlatego ciężko im uwierzyć w to co zobaczyli i usłyszeli. Teraz mogli już tylko cieszyć się z tego co mają, budować swe życie na nowo i mieć nadzieję, że wszystko się jakoś ułoży.
„Najważniejsze, żeby nareszcie w Polsce po tej wojnie się ustatkowało, żeby więcej już brat z ręki brata nie ginął.”  

Pojawia się wiele nowych postaci, poznajemy też powojenne losy Niemców na Ziemiach Odzyskanych. 

Trochę szkoda, że Zbigniew Domino „pogubił” gdzieś mieszkańców Czerwonego Jaru. Byłam bardzo ciekawa losów pozostałych. Niektórzy zostali wspomniani w „Czasie…” a inni wcale. Rozumiem, że autor miał tym razem inny cel, skupił się na sytuacji w Polsce. Ale ja tęskniłam za znanymi już bohaterami, byłam bardziej ciekawa ich reakcji na tą nową rzeczywistość.



„MŁODE CIEMNOŚCI”
Wydawnictwo Studio EMKA
ISBN 978-83-62304-87-5
Str. 528
Moja ocena 4/6

Trzecia i ostatnia już część sagi rodziny Dolinów, bo tak sam autor określa całą trylogię. Tym razem towarzyszymy już głównie Staszkowi w jego dojrzewaniu, edukacji i... problemach z dziewczynami. Chyba najbardziej polityczna ze wszystkich części. Dosyć wnikliwa analiza ówczesnej polskiej rzeczywistości. Dla wielbicieli tego okresu naszej historii, będzie to na pewno spora dawka ciekawych spostrzeżeń i tematów dyskusyjnych. Ponadto przedstawiona z punktu widzenia ludzi różnego pochodzenia i z różnych warstw społecznych, odmiennie doświadczonych przez wojenną zawieruchę. To na pewno mocna strona powieści.

A dla mnie? Cóż, jeśli chodzi o politykę wystarczy, że wiem kto aktualnie sprawuje w kraju rządy, ale poza tym raczej mnie nie interesuje, dlatego też „Młode ciemności” nieco mnie zmęczyły, miejscami nawet usypiały. Takie trochę to były Staszka Doliny edukacyjno – miłosne perypetie z polityką w tle. 


PODSUMOWANIE
Podsumujmy więc, osobiście uważam pierwszą część sagi Zbigniewa Domino za rewelacyjną i bezwzględnie wartą przeczytania i w ogóle, wybaczcie, że tak mnie ponosi, ale nie mogę inaczej ocenić, jak tylko w samych superlatywach. Jeśli zaś chodzi o pozostałe dwie części, według mnie również zasługują na zapoznanie, najlepiej od razu, hurtem, jedna po drugiej, gdyż wydarzenia następują bezpośrednio po sobie i dobrze jest być na bieżąco. No i czy się chce czy nie to jednak warto się w tej naszej zawiłej historii orientować, a Zbigniew Domino podaje nam ją w naprawdę dobrej postaci. 

A na zakończenie chciałabym jeszcze zachęcić Was, oczywiście po przeczytaniu „Syberiady polskiej”, do obejrzenia filmu na jej podstawie. Jak to już zwykle z ekranizacjami bywa, do książki się nie umywa, ale w mojej opinii, biorąc pod uwagę dzisiejszą polską kinematografię, twórcom udało się „popełnić” naprawdę dobry film. 
Zwiastun:

I jeszcze taka pioseneczka do lektury :)

wtorek, 25 lutego 2014

"Złodziejka książek" - Markus Zusak



I tak oto dałam się porwać kolejnej fali „ochów” i „achów” nad książką, tudzież jej filmową adaptacją. Kiedy czytam niemal same pozytywne opinie, a do tego temat jest dla mnie interesujący interesujący, nie mogę przejść obok. I co robię? Kupuję i czytam oczywiście!

A teraz pytania Czy żałuję zakupu? Czy aby ten „bestseller” nie okazał się kolejnym, medialnie nakręconym marnym czytadłem? 

I natychmiast odpowiadam; absolutnie nie żałuję, a „Złodziejka książek” to naprawdę godna polecenia pozycja. Uff…

Ale po kolei…

 "ZŁODZIEJKA KSIĄŻEK"
(The book thief)
Autor: Markus Zusak
Przekład: Hanna Baltyn
Wydawnictwo: Nasza Księgarnia
Warszawa 2014
Str. 495
ISBN 978-83-10-12645-0
Moja ocena 6/6

„Mówię wam, ten świat to fabryka. Napędza ją słońce ale rządzą ludzie. A ja trwam. Zbieram ich dusze.”

Przenosimy się do Niemiec, koniec lat 30 początek 40 ubiegłego wieku. Czyli wiadomo, sytuacja nieciekawa, nastroje wojenne, nagonki, strach, głód i nienawiść dookoła. W takim właśnie świecie żyła nasza bohaterka, Liesel Meminger. Matka dziewczynki podjęła trudną decyzję. Postanowiła swoje dzieci, Liesel i jej młodszego brata, oddać pod opiekę rodzinie, która była w stanie zapewnić im ciepły dom i poczucie bezpieczeństwa. Niestety w czasie ciężkiej podróży, chłopiec umiera. Matka i siostra są zmuszone pozostawić go na małym cmentarzu, gdzieś po drodze do celu. Po pogrzebie chłopca, Liesel znajduje książkę, „Podręcznik grabarza”. Zamiast oddać właścicielowi, zatrzymuje ją dla siebie. Tak oto Złodziejka książek rozpoczyna swą „karierę”. 

„Próbuję zapomnieć, ale wiem, że wszystko zaczęło się od pociągu, śniegu i kaszlu mojego braciszka. Tego dnia ukradłam pierwszą w życiu książkę.”

Nowy dom bohaterka znajduje u Rosy i Hansa Hubermannów w Molching, na Himmelstrasse 33. Na początku dziewczynka jest zagubiona w obcym miejscu i wśród obcych ludzi. Tęskni za matką i bratem, a w nocy prześladują ją koszmary. Jednak po pewnym czasie dziewczynka przekonuje się do przybranej rodziny, a w miasteczku poznaje nowych znajomych. Najbardziej zaprzyjaźnia się ze swoim rówieśnikiem Rudym Steinerem. 

Ale szara rzeczywistość przypomina o sobie na każdym kroku. Dookoła przewija się ludzki strach i cierpienie. Nad Molching wisi groźba zbombardowania. Liesel ucieka przed tą codziennością w słowa zawarte w książkach, które trafiały do niej w różnych okolicznościach.

„Jeżeli już mowa o złodziejstwie Liesel, to nie kradła książek dla zabawy, a tylko wtedy, kiedy czuła, że było to konieczne”

Z czasem, czytanymi historiami bohaterka rozjaśniała mroczne dni innym, ukrywającemu się Żydowi, kobiecie, która straciła syna, przerażonym ludziom w schronie przeciwlotniczym. Wtedy też, obserwując sytuacje dookoła, Liesel uświadamiała sobie, że słowa mogą nie tylko koić ból i strach, ale i wręcz przeciwnie. Słowa mogą również zabijać.

„Nienawidziłam słów i kochałam je. Mam nadzieję, że nauczyłam się ich używać.”

Dziewczynka postanowiła opisać swoje losy. Ale tego co Liesel zapisała w czarnym notesie, nie przeczytał prawie nikt. Tylko Śmierć. I to właśnie Śmierć jest narratorem owych zdarzeń. Postać jakże na miejscu zwłaszcza w tych nieprawdopodobnie tragicznych dniach. W opowieść o Złodziejce książek, narrator wplata swój punkt widzenia na zaistniałe wydarzenia. Odbieranie życia nie zawsze jest według niego sprawiedliwe. Ale taką ma pracę, musi ją wykonywać, bo taki jest rozkaz „szefa”, którym tym razem jest wojna. Autor „uczłowieczył” Śmierć. Przedstawił jako istotę o zdolnościach nadprzyrodzonych, ale ludzkich uczuciach. 

„Widzicie? Nawet śmierć ma serce.”

Jednym z najbardziej wstrząsających fragmentów w książce, był dla mnie ten, w którym Śmierć zabiera dusze umierających w komorach gazowych. 

„Kiedy ich ciała przestawały szukać szczelin w drzwiach, podnosiły się ich dusze. Ich paznokcie skrobały w drewno albo wczepiały się w nie ostatkiem sił, a dusze w moje ramiona.”

Przyznam, że miałam gęsią skórkę czytając te słowa.
„Złodziejka książek” to niewątpliwie historia, która chwyta za serce. Chyba jedna z niewielu jakie znam, spośród traktujących o życiu społeczności niemieckiej w czasach II wojny światowej. Warto przeczytać chociażby dlatego, aby poznać punkt widzenia narodu, który w przypadku poruszanej tematyki często pokazywany jest od najgorszej strony. A przecież i tam żyli ludzie, którzy także bali się co przyniesie jutro, tak samo cierpieli po stracie ukochanych synów, czy ojców, tak samo byli zastraszani i często żyli w nędzy.

Markus Zusak w swej powieści, zastosował styl, który bardzo lubię. W tym przypadku nasuwa mi się określenie „malowanie słowem”. Nie jest to styl sztampowy. Narrator często uprzedza fakty, co jednak nie raziło pod żadnym względem. Dodatkowo wplatane w tekst krótkie spostrzeżenia, refleksję, tłumaczenia przydają powieści charakteru. 

I jeszcze nasuwa mi się taka mała dygresja. Zauważyłam pewne podobieństwo „Złodziejki książek” Zusaka do „Wyznaję” Jaume Cabre. Po pierwsze w obu książkach występuje wątek wojny i pogromu Żydów, po drugie zarówno Zusak jak i Cabre stworzyli dodatkowego „bohatera” wydarzeń – instrument muzyczny, w „Wyznaję” były to skrzypce, w „Złodziejce…” – akordeon. No i po trzecie, ucieczka głównych bohaterów w magię książek. A, no i można jeszcze dodać po czwarte, czyli styl zarówno w jednej jak i w drugiej powieści barwny i oryginalny, nie pozwalający się oderwać  do ostatnich stron. Obie te książki mnie porwały i na pewno obie na długo pozostaną w pamięci. 

Podsumowując, zachęcam do przeczytania „Złodziejki książek” każdego, bez względu na wiek czy płeć. To historia dostarczająca tak uśmiechu jak i wzruszeń. Jednego mniej drugiego więcej. Samo życie…