Po wzruszającej i przerażającej powieści o ciężkiej doli Polaków wywiezionych na Sybir („Syberiada polska”), a także po niezwykłej historii niemieckiej dziewczynki, która wojenne czasy przeżywała na swój
sposób, uciekając w książki („Złodziejka książek”), tym razem przyszedł czas na coś, co można powiedzieć, łączy elementy obu wyżej
wymienionych. Powieść Ruty Sepetys, „Szare śniegi Syberii” traktuje o
syberyjskiej katordze, tym razem z punktu widzenia Litwinów, a bohaterką i narratorką
jest piętnastolatka, która swoje przeżycia przelewa na rysunki.
„Zabrali mnie w koszuli nocnej. (…) Był czternasty czerwca
czterdziestego pierwszego roku”
Dzieciństwo Liny Vilkas kończy
się tego czerwcowego poranka, kiedy do jej domu wpadają oficerowie NKWD i każą
się wynosić całej rodzinie. Dziewczyna wraz z matką i młodszym bratem trafia do
pociągu, który zabiera ich na miejsce zsyłki. Bardzo szybko przekonuje się, jak niewiele jest warta dla ludzi, którzy odebrali jej dzieciństwo i dom.
„Czy zastanawialiście
się kiedyś, ile warte jest ludzkie życie? Tego dnia życie mojego brata było
warte tyle co kieszonkowy zegarek.”
Wśród współpasażerów, towarzyszy
niedoli są głównie kobiety, dzieci i starcy. Co się stało z mężczyznami, ojcami
rodzin, nikt nie wie. Także Lina nie ma żadnych wiadomości o swym papie. Jednak podczas
jednego z postojów dziewczynie udaje się nawiązać kontakt z ojcem, jadącym innym transportem, który
obiecuje, że zrobi wszystko aby odnaleźć rodzinę. Bohaterka postanawia
zostawiać mu wskazówki w postaci swoich rysunków. Po wielotygodniowej gehennie
w towarowych wagonach, zesłańcy trafiają gdzieś w odległe rejony Syberii. Tam
muszą walczyć o każdych okruszek chleba, ciężko harować, zmagać się z plagami wszy i wszelkimi
chorobami. Okrutna rzeczywistość,
tragiczne warunki, żadnej perspektywy lepszego jutra, oto ich codzienność. Jednak po pewnym czasie ludzie odkrywają, że mogą przetrwać. Dadzą radę przeciwstawić się wrogowi
jeśli tylko będą się wzajemnie wspierać.
„Próbowaliśmy
wszyscy dotknąć nieba, stojąc na dnie oceanu. Zrozumiałam, że jeżeli będziemy
się nawzajem wspierać, to może wzniesiemy się nieco wyżej.”
Lina, dotąd przyzwyczajona do wygód,
beztroska nastolatka, musi bardzo szybko dorosnąć. Często wraca w
swoich wspomnieniach do chwil, kiedy była wolna. Myśli o ciepłym domu, kochających rodzicach, przygodach z kuzynką. Zaś wydarzenia,
których jest obecnie świadkiem, wyraża w niezwykłych, pełnych emocji obrazach. To stanowi
dla niej pokrzepienie i pozwala zachować nadzieję na odmianę losu.
„Nad szarymi śniegami Syberii zalśnił złocisty promień. Patrzyłam na
bursztynowy blask słońca i się uśmiechnęłam. Oto wracał dzień.”
Główna bohaterka to
piętnastoletnia, wychowana w dobrym domu dziewczyna, cechująca się uporem i
śmiałym wyrażaniem własnych poglądów. Często najpierw powiedziała, lub zrobiła
coś nieodpowiedniego a dopiero później zastanawiała się nad konsekwencjami. Z
wierzchu pozorowała na twardą, nad wiek rozwiniętą pannę, buntującą się
przeciwko swojemu losowi. Jednak w środku była niezwykle wrażliwa. W pewnym
momencie, traumatyczne przeżycia ujawniły kruchą i wystraszoną dziewczynkę,
która marzyła tylko o tym aby jej rodzina znów była razem i tęskniła za utraconym życiem.
Ruta Sepetys ukazuje ludzkie nieszczęście w bardzo subtelnym stylu. Czuć, że tę powieść
stworzyła kobieta i przeznaczyła głównie dla kobiet. Kiedy czytałam „Syberiadę
polską” Zbigniewa Domino, również traktującą o Sybirakach, odniosłam wrażenie,
że pod losami bohaterów mogłoby podpisać się wielu prawdziwych ludzi,
uczestników tych wydarzeń. "Szare śniegi Syberii" odebrałam tylko jako fikcję
literacką. Choć opartą na traumatycznych ludzkich przeżyciach, to jednak ugrzecznioną, troszeczkę nawet baśniową. Ale jeśli wziąć pod uwagę, że narratorką jest młodziutka dziewczyna, ciężko oczekiwać mocnych, przesyconych przemocą opisów. "Szare śniegi Syberii" to wzruszająca i emocjonalna lektura, o
cierpieniu, nadziei, tęsknocie i dumie, która nie pozwala się człowiekowi
upodlić. Napisana jasnym, przejrzystym językiem. Wciągająca od początku do końca
i przekazująca wiele cennych wartości.
Dziś chciałabym opowiedzieć Wam o
niesamowitej książce, która wpadła mi w ręce w czasie ostatniej wizyty w
bibliotece.
„Wow” – moja pierwsza myśl już po
kilku stronach powieści. Kolejne „wow”, kiedy okazało się kim jest narrator. I
ten efekt „wow” trzymał mnie już do samego końca, który według mnie nastąpił o
wiele za szybko. Przejdźmy jednak do tego, o czym w ogóle jest „Niepamięć”?
„Tak wiele cieni błądzi wielkimi ulicami, tyle jest chłodu i lęku.
Ludzi, w których tkwi jak w pułapce drewniana, mdła dusza. Drepczą po ziemi bez
celu.”
Komisarz Patryk Skalferin, od
czasu próby samobójczej dostaje jedynie błahe sprawy. Teoretycznie uczęszcza do
psychologa oraz jest pod stałym nadzorem zwierzchników. Obecnie zajmuje się
tajemniczym zniknięciem starszej pani. Szukając jakiegokolwiek śladu, trafia do
sąsiadki zaginionej, siedemdziesięcioletniej Anny. Samotna, znużona życiem i monotonnym
oczekiwaniem na śmierć kobieta, postanawia pomóc policjantowi rozwiązać zagadkę.
Wkrótce w mieszkaniu poszukiwanej staruszki pojawia się jej wnuczka, Sonia. Zachowanie
dziewczyny jest dość podejrzane. Skalferin postanawia zlecić śledzenie młodej
kobiety. On sam wraz z Anną udają się do mężczyzny, który wynajmował mieszkanie
zaginionej. Niebawem funkcjonariusz obserwujący Sonię zostaje zamordowany,
podobnie właściciel mieszkania. Sytuacja staje się coraz bardziej zawikłana. Do
tego okazuje się, że ktoś taki jak Sonia… nie istnieje. Przełożony Patryka
zaczyna mieć podejrzenie, że komisarz pogrąża się w coraz większym szaleństwie
i postanawia odebrać mu sprawę. Od tej pory Skalferin – niedoszły samobójca i
niezwykle bystra starsza pani podejmują się odkrycia prawdy na własną rękę.
Efekty ich śledztwa okażą zaskakujące i wstrząsające.
Już sam opis z okładki sugeruje,
że nie będzie to zwykły kryminał. Ale doświadczenie nauczyło mnie, że z tymi
opisami różnie bywa. W tym przypadku jednak się nie zawiodłam. „Niepamięć” to
wciągająca powieść od której nie można się oderwać. Zaledwie 238 stron i
znakomicie skonstruowana fabuła powoduje, że pochłania się ją w mgnieniu oka.
Ale wrażenia pozostawia na długo.
To co nie wszystkim może się
spodobać, choćby wielbicielom typowych kryminałów, to to, że „Niepamięć”
zawiera elementy nierealistyczne. Dla mnie wręcz przeciwnie, zaostrzyło tylko
smak potrawy. Dziwić może trochę też fakt, że policjant właściwie bez żadnych
problemów godzi się zaangażować w niebezpieczną sprawę staruszkę, ale przecież
ów policjant ma za sobą ciężkie przeżycia, więc wiele można mu wybaczyć.
No i jeszcze ciekawy zabieg autora, narrator. Obserwatorem wszystkich zdarzeń i
jednocześnie narratorem jest mąż Anny. Cóż w tym dziwnego? To, że mężczyzna od
ponad roku nie żyje. Chcecie więcej? Nie czekajcie, sięgajcie po tę niezwykłą
książkę, która jest kolejnym dowodem na to, że polskie wcale nie znaczy gorsze. Ja na pewno będę poszukiwać innych książek pana Kotowskiego. Mam nadzieję, że się nie zawiodę.
Pamiętam, że kilka lat temu wśród
moich znajomych (i chyba nie tylko) utworzyły się dwa fronty; wielbicieli
„Wiedźmina” po jednej stronie, oraz „Władcy pierścieni” po drugiej. Każdy miał
swoje argumenty, dlaczego akurat ta seria jest lepsza. Chyba w mniejszości
wtedy znalazła się grupa popierająca Sapkowskiego. Ja do tej mniejszości
należałam i nadal tak jest. Nie ujmując nic „Władcy pierścieni”, dochodzę
jednak do wniosku, że „cudze chwalicie – swego… nie doceniacie”. (Co innego
jeśli chodzi o ekranizacje, ale to już inna para kaloszy). Bardzo chętnie
przystąpiłam zatem do lektury kolejnych przygód wiedźmina Geralta.
Życie wiedźmina to ciągłe pasmo
walki z potworami, mierzenia się z wszechobecną wrogością i podejmowania nie
zawsze opłacalnych zleceń. Geralt z Riwii wie to aż za dobrze. Tym razem los
rzuca go do miasta Kerack gdzie, jak to już bywa, czekają same kłopoty. Skradziono
mu miecze, aresztowano, niesłusznie oskarżono a do tego uwikłał się w nie do
końca jasny związek z pewną czarodziejką. To wszystko tylko wstęp do
poważniejszych problemów. Wkrótce okaże się, że wiedźmin stanie się niezbędny
czarodziejom, z którymi nie pozostaje w najlepszych stosunkach. Geralt będzie
musiał także stawić czoła demonom, oraz chronić pewnego króla przed żądnymi
władzy potomkami. Dużo tego na jednej głowie, nawet wiedźmińskiej. O tym jak
bohater poradzi sobie z tym nagromadzeniem niefortunnych zdarzeń czytajcie –
zachęcam.
W „Sezonie burz” znajdziemy akcję,
przygodę, walki na miecze, uganianie się za potworami, będzie oczywiście
romans, trochę magii, a także spora dawka dobrego humoru. Pojawi się kilkoro
znanych nam już bohaterów oprócz Geralta, rzecz jasna, powraca Jaskier i
Yennefer, ale w większości to wiele nowych, oryginalnych i ekscentrycznych
osobowości.
„Sezon burz” to zupełnie odrębne
przygody wiedźmina. Nie trzeba znać całej sagi aby cieszyć się tą lekturą.
Jeszcze przed premierą i zaraz po wydaniu powieści, spotkałam się z wieloma
negatywnymi opiniami wieszczącymi, że będzie to kolejna marna kontynuacja,
gniot napisany wyłącznie dla kasy. Nic bardziej mylnego. Ta powieść to
gwarancja dobrej zabawy. Naprawdę cieszę się, że Geralt z Riwii powrócił i…
panie Sapkowski, pan pisze dalej :) Liczę na to, bo przecież
Hannah Griffin pracuje w
laboratorium kryminalistycznym w hrabstwie Santa Louisa. Prywatnie jest żoną i
matką. Jej życie wydaje się poukładane. Pewnego dnia ktoś zostawia na jej
biurku w pracy makabryczną przesyłkę, a sekretarka przekazuje krótką wiadomość;
„dzwoniła twoja matka”. Hannah jest wstrząśnięta, ponieważ jej matka od
dwudziestu lat nie żyje.
Sytuacja zmusza kobietę do
zmierzenia się z przeszłością, od której ta za wszelką cenę starała się odciąć.
Wspomnienia zimowego, tragicznego dnia z dzieciństwa powracają. Kim naprawdę
była matka bohaterki? Czy rzeczywiście zginęła, czy jedynie upozorowała własną
śmierć? Dlaczego właśnie teraz i komu zależy na zrujnowaniu szczęścia Hanny?
Główna bohaterka tej powieści, to
kobieta odznaczająca się silną osobowością, która w obliczu mocnych przeżyć nie
traci zimnej krwi. Pomimo traumatycznych wydarzeń z dzieciństwa, staje na nogi
i postanawia żyć normalnie. Udaje się jej zbudować szczęśliwą rodzinę, a do
tego podejmuje trudną pracę, w której notorycznie spotyka się z wszelką
patologią. Hannah wzbudziła moją sympatię i uznanie.
Ciekawa fabuła i bardzo przystępny
styl autora składają się na wciągający thriller. Cofając się do przeszłości
wraz z bohaterką poznajemy intrygującą i przerażającą prawdę o jej matce, która
nie była wzorem cnót, wręcz przeciwnie.
To zimna i wyrachowana kobieta, która nie jedno miała na sumieniu, a jej
postępowanie pozostawiło skazę na życiu córki.
Jeśli miałabym się czego
przyczepić, to chyba konkretnego wyjaśnienia kwestii, dlaczego i po co po
dwudziestu latach od tragedii, komuś zależy na odkryciu kart z przeszłości.
Niemniej sama historia jest dość złożona i zajmująca. Dużym atutem według mnie
jest samo zakończenie, ale nic więcej w tej kwestii nie zdradzę:).
„Wszędzie śnieg” to moje pierwsze
spotkanie z twórczością Gregg’a Olsena i przyznam szczerze nabrałam ochoty na
więcej. Tę książkę zdecydowanie polecam.
Moja przygoda z „Syberiadą polską” rozpoczęła się rok temu.
Najpierw była książka, która pochłonęła mnie bez reszty. Później ekranizacja.
Wreszcie zakończone sukcesem „polowanie” na dwie pozostałe części opowiadające
dalsze losy Sybiraków z Czerwonego Jaru.
Ku radości swej ogromnej, mając już na półce całą trylogię,
odświeżywszy sobie część pierwszą przystąpiłam do czytania drugiej i trzeciej.
Swoje wrażenia i doznania chciałabym Wam niniejszym zaprezentować.
„SYBERIADA POLSKA”
Zbigniew Domino
Wydawnictwo Studio
EMKA
ISBN
978-83-63773-23-6
Str. 512
Moja ocena 6/6
„Była wtedy zima
wyjątkowo śnieżna i mroźna. Nocna, nadranna pora. Czerwony Jar, niewielka
podolska wioska, otulona ciszą zaśnieżonej, głębokiej kotliny, spała jeszcze
snem sprawiedliwych. Spała nieświadoma zbliżającego się niebezpieczeństwa,
jakiego nawet w koszmarnych snach wyśnić niepodobna. Toteż, jak grom z jasnego
nieba, spadło ono tej nocy na ludzi z Czerwonego Jaru. (…) Dla ciekawych
historii odnotujmy, że działo się to dokładnie dnia 10 lutego 1940 roku.”
Czy zdajesz sobie sprawę jakie to
uczucie, kiedy ktoś nagle wpada do Twojego domu i każe Ci go opuścić? Masz
jedynie 15 minut na spakowanie najpotrzebniejszych rzeczy. Musisz pozostawić
cały dobytek swojego życia. Upychają Cię jak zwierzę do ciasnego, towarowego
wagonu i wywożą nie wiadomo dokąd.
Taki los spotkał bohaterów tej
książki, mieszkańców Czerwonego Jaru. Jest to historia ich wysiedlenia,
tułaczki i w końcu życia wśród dzikiej i bezwzględnej tajgi.
„Poświst przemarzniętych drzwi. Trzask zewnętrznego rygla. Z bieli
śniegu, ze światłości czerwono zachodzącego słońca – ta nagła wagonowa ciasnota
i ciemność! Dotąd ludzie wolni, zrośnięci od kolebki z naturą, ziemią, słońcem,
wiatrem, powietrzem i wodą, z chwilą zaryglowania w ciemnym towarowym wagonie
poczuli się jak zwierzęta w klatce.”
W ten sposób rozpoczęła się długa
i wycieńczająca podróż setek ludzi, całych rodzin. Każdy zadawał pytania, „za
co?”, „dlaczego?”, „dokąd?”. Nikt nie odpowiadał. Mijały dni, a do celu
wciąż było daleko. Głód, zmęczenie, choroby pogłębiały przerażenie, ale też
zniecierpliwienie i irytacje wśród „pasażerów”. Najsłabsi umierali.
I oto pewnego dnia docierają na
miejsce. Ich nowy dom to Kalucze, obóz położony wśród srogiej tajgi, odcięty od
świata. Od tej pory codziennością zesłańców stają się brudne, liche baraki i katorżnicza
praca w nieludzkich warunkach. A w sercu pozostaje tęsknota za utraconą
ojczyzną i nadzieja, że kiedyś do niej wrócą.
„To co z tego, że w przyrodzie wszystko z wiosną rozwija się, kwitnie i
rwie się do życia. W zesłańczej polskiej duszy, w taką wiosenną, bujną porę
robi się jeszcze bardziej tęskno, ponuro i beznadziejnie. Wspomnienia spać nie
dają. Ale jak długo można żyć wspomnieniami? W głuchej tajdze nie docierają do
nich żadne sprawdzalne wiadomości, co się tam w Polsce, w dalekim świecie
dzieje. Powoli wszystko co było, staje się jakby nierealnym snem.”
I tak mijały dni, tygodnie,
miesiące. Wśród głodu, rozpaczy, wszechobecnej śmierci, pojawiały się też
drobne przebłyski szczęścia. A sytuacja polityczna na świecie zmieniała się.
Zmieniały się też losy mieszkańców Kaluczego. Pewnego dnia znów stali się
ludźmi wolnymi zaś ich nadzieje na powrót do Polski rozkwitły na nowo.
Większość rodzin opuściła miejsce zesłania. Jedni trzymali się razem inni
obierali zupełnie różne kierunki.
„Tak to, wolą zesłańczego losu, ludzie z Czerwonego Jaru, zżyci z sobą
od zawsze, często spokrewnieni i solidarni jak rzadko, zaczęli się w tej
niezmierzonej, syberyjskiej krainie rozpraszać i gubić. A co najgorsze, żadnej
pewności mieć nie mogli, że się jeszcze kiedyś ich ziemskie drogi skrzyżują…”
Jednak powrót do wytęsknionej ojczyzny nie był łatwy. A żyć
trzeba było. Sami na własną rękę musieli zadbać o siebie w obcym kraju. Aż wreszcie przyszła wiosna 1946 roku marzenia o Polsce
stawały się coraz bardziej realne. Kto chciał, rozpoczynał powrotną podróż.
„Każdy z
nich, poczynając od małego, który ledwie coś tam pamiętał, do starego – przez
wszystkie lata Sybiru – jeśli nosił w swoim sercu Polskę, to zawsze i
nieodmiennie kojarzyła mu się ona z jego rodzinnym domem, polem, sadem, wioską
czy miasteczkiem, kościołem i rzeczką obok płynącą. I taką właśnie ojczyznę od
urodzenia do śmierci kochał.”
A jaką zastał…?
„Syberiada polska” to niezwykle przejmująca opowieść o
zwykłych ludziach, którym los nie szczędził tragicznych wydarzeń. Napisana
jasnym, przejrzystym językiem nie pozwala się oderwać do samego końca.
Osobiście bardzo przeżywałam wraz z bohaterami każdą tragedię i te nieliczne
chwile radości. Mimo całego dramatyzmu sytuacji, to bardzo ciepła historia o
wzajemnym wspieraniu się w niedoli oraz o nigdy nie umierającej nadziei.
Autor ukazuje nam wydarzenia z punktu widzenia różnych osób.
Mamy więc wgląd w uczucia i spostrzeżenia dorosłych, którzy pamiętają z przeszłości
najwięcej, tęsknią bardziej. Spoglądamy również przez pryzmat dzieci, które
jeśli tylko mają siłę przetrwać, najszybciej przystosowują się do obcych realiów. Przedstawione nam zostały też relacje pomiędzy Polakami a rodzimymi mieszkańcami
Syberii. Bohaterów jest wielu i każdy przeżywa zaistniałą sytuację na swój
sposób.
Naprawdę gorąco polecam tą powieść!!!
„CZAS KUKUŁCZYCH
GNIAZD”
Wydawnictwo Studio
EMKA
ISBN 978-83-63773-14-4
Str. 415
Moja ocena 5/6
Będę starała się nie spoilerować. Jeżeli ktoś boi się, że
zdradzę za dużo zapraszam od razu do podsumowania.
„Polska!
Polska… nasza
kochana Polska…
We wszystkich
wagonach zapadło niespodziewane milczenie, przerywane tylko tłumionym
pochlipywaniem kobiet. W takiej zaskakującej ciszy ludzie z transportu PT-2564
po latach syberyjskiego zesłania witali się z Ojczyzną.” - „Syberiada polska”
Razem z bohaterami pierwszej części powracamy do Polski. Do
tego wytęsknionego, ukochanego kraju, w którym miało czekać na nich już tylko
dobre. Tymczasem pierwsze rozczarowania spotykają ich jeszcze w czasie podróży.
Bo oto okazuje się, że nie ma już tej Polski jaką pamiętali. Nie ma ich domów.
Zewsząd wita ich obca rzeczywistość.
Tym razem autor skupił się głównie na losach Staszka Doliny,
który wraz z rodziną trafia na Ziemie Odzyskane do wsi dotąd zamieszkiwanej
przez Niemców, podobnie jak kiedyś Polacy, wysiedlonych ze swych domów. Tak oto wieś Zielone Pole staje się nowym domem Dolinów i wielu
innych rodzin z Czerwonego Jaru.
„Sybiracy! Osobny to gatunek powojennych Polaków. Po dziś
dzień bywa, że temu kto jak oni Sybiru nie zakosztował, trudno ich czasem
zrozumieć. Z syberyjskiego zesłania wrócili do Polski zdziesiątkowani, do tego
jako najbiedniejsi z najbiedniejszych. Wrócili nie do swoich rodzinnych i
wytęsknionych domów, wiosek, miasteczek i miast, na wschodnich kresach
przedwojennej Rzeczypospolitej, z których na katorgę ich wywieziono. A do tego
jeszcze po powrocie los, niby wiatr jesienne liście, rozwiał ich po Ziemiach
Odzyskanych, od morskiego Szczecina przez Wrocław, Opole, aż po Karkonosze.
Wszystko tu dla nich było obce i nieznane. Rzadko zdarzało im się tak jak w
Zielonym Polu, by wciąż jeszcze spora ich gromada trzymała się razem.”
„Czas kukułczych gniazd” ukazuje pierwsze próby odnalezienia
się Sybiraków w nowej rzeczywistości, ale także przedstawia wydarzenia jakie
zachodziły na ziemiach polskich w czasie ich zesłania. Wydarzenia te przytaczane są we wspomnieniach tych, którzy tutaj pozostali. W czasie pobytu na obczyźnie,
Polska jawiła się zesłańcom jako raj utracony, dlatego ciężko im uwierzyć w to co
zobaczyli i usłyszeli. Teraz mogli już tylko cieszyć się z tego co mają,
budować swe życie na nowo i mieć nadzieję, że wszystko się jakoś ułoży.
„Najważniejsze, żeby
nareszcie w Polsce po tej wojnie się ustatkowało, żeby więcej już brat z ręki
brata nie ginął.”
Pojawia się wiele nowych postaci, poznajemy też powojenne losy Niemców na Ziemiach Odzyskanych.
Trochę szkoda, że Zbigniew Domino „pogubił” gdzieś
mieszkańców Czerwonego Jaru. Byłam
bardzo ciekawa losów pozostałych. Niektórzy zostali wspomniani w „Czasie…” a
inni wcale. Rozumiem, że autor miał tym razem inny cel, skupił się na sytuacji w Polsce. Ale ja tęskniłam za znanymi już bohaterami, byłam bardziej ciekawa ich reakcji na tą nową
rzeczywistość.
„MŁODE CIEMNOŚCI”
Wydawnictwo Studio
EMKA
ISBN 978-83-62304-87-5
Str. 528
Moja ocena 4/6
Trzecia i ostatnia już część sagi rodziny Dolinów, bo tak
sam autor określa całą trylogię. Tym razem towarzyszymy już głównie Staszkowi w
jego dojrzewaniu, edukacji i... problemach z dziewczynami. Chyba najbardziej
polityczna ze wszystkich części. Dosyć wnikliwa analiza ówczesnej polskiej
rzeczywistości. Dla wielbicieli tego okresu naszej historii, będzie to na
pewno spora dawka ciekawych spostrzeżeń i tematów dyskusyjnych. Ponadto
przedstawiona z punktu widzenia ludzi różnego pochodzenia i z różnych warstw
społecznych, odmiennie doświadczonych przez wojenną zawieruchę. To na pewno mocna strona powieści.
A dla mnie? Cóż, jeśli chodzi o politykę wystarczy, że wiem
kto aktualnie sprawuje w kraju rządy, ale poza tym raczej mnie nie interesuje,
dlatego też „Młode ciemności” nieco mnie zmęczyły, miejscami nawet
usypiały. Takie trochę to były Staszka Doliny edukacyjno – miłosne perypetie z polityką w tle.
PODSUMOWANIE
Podsumujmy więc, osobiście uważam pierwszą część sagi
Zbigniewa Domino za rewelacyjną i bezwzględnie wartą przeczytania i w ogóle,
wybaczcie, że tak mnie ponosi, ale nie mogę inaczej ocenić, jak tylko w samych
superlatywach. Jeśli zaś chodzi o pozostałe dwie części, według mnie również
zasługują na zapoznanie, najlepiej od razu, hurtem, jedna po drugiej, gdyż
wydarzenia następują bezpośrednio po sobie i dobrze jest być na bieżąco. No
i czy się chce czy nie to jednak warto się w tej naszej zawiłej historii orientować, a Zbigniew Domino podaje nam ją w naprawdę dobrej postaci.
A na zakończenie chciałabym jeszcze zachęcić Was, oczywiście
po przeczytaniu „Syberiady polskiej”, do obejrzenia filmu na jej podstawie. Jak
to już zwykle z ekranizacjami bywa, do książki się nie umywa, ale w mojej
opinii, biorąc pod uwagę dzisiejszą polską kinematografię, twórcom udało się „popełnić”
naprawdę dobry film.